Czytaj Romanse – Harlequin’y on-line!

Najlepsze romansidła – książki dla kobiet

Diana Palmer – Oszukana Styczeń 21, 2009

Filed under: Uncategorized — superproject @ 7:48 pm
Tags: , , , , , , , ,

Diana Palmer – Oszukana

Maureen Harris już ponad godzinę była spóźniona do pracy. Od rana wszystko leciało jej z rąk. Musiała uprzątnąć wodę wyciekającą z pralki, a kiedy się ubierała, podarła ostatnią parę rajstop. Na koniec zapodziała gdzieś kluczyki od samochodu. Dysząc wbiegła do biura MacFaber Corporation z gołymi nogami, kaskadą czarnych włosów, w sukience po¬plamionej pitą w gorączkowym pośpiechu kawą.
Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna wyszedł zza zakrętu korytarza, trzymając w dłoni napełniony kubek. Dziewczyna zderzyła się z nadchodzącym, upadła na plecy i obserwowała z przerażeniem, jak kubek wolno szybuje w powietrzu, a jego zawartość wylewa się na dywan, na stojącego mężczyznę oraz na jej i tak zmaltretowaną sukienkę.
Maureen usiadła, szybko podniosła z podłogi modne, połyskujące drucianą oprawką okulary i założyła je na nos, by lepiej widzieć. Spojrzała z rezygnacją na milczącego, nieco ponurego mężczyznę w szarym kombinezonie.
- Nie zapłaciłam w terminie rachunku za telefon – powiedziała bez związku. – A ci od telefonów mają już swoje sposoby. Wyleją ci wodę z pralki, podrą rajstopy, wychlapią kawę i postawią na drodze kogoś nieznajomego.
Obcy uniósł brwi. Nie był ideałem męskiej urody. Bardziej wyglądał na zapaśnika niż na mechanika, choć kombinezon, który nosił, nie pozostawiał cienia wątpliwości co do jego profesji. Ciemne oczy mierzyły sylwetkę dziewczyny z uwagą, połączoną z zacieka¬wieniem. Lekki uśmiech zmącił kamienne rysy. Maure¬en spojrzała na jego usta – wydatne, pełne seksu i zadumy. Uznała, że przypomina Rzymianina, głównie dzięki wydatnemu nosowi i gęstym brwiom. O takich brwiach wiedziała nieomal wszystko – niegdyś uczęsz¬czała na kurs rysunku i spędzała długie godziny na studiowaniu rzymskich profili. Oczywiście było to dawno, zanim proza życia zmusiła ją do przyjęcia posady sekretarki w MacFaber Corporation.
Ponieważ nieznajomy nie odezwał się ani nie wyciągnął dłoni, Maureen wstała z podłogi, spoglądając z niesmakiem na rozlaną po dywanie kawę. Przy¬gładziła dłonią rozwichrzone włosy.
-    Przepraszam, że wpadłam na pana. Nie chciałam. Nie wiem, co powinnam teraz zrobić – westchnęła. – Najlepiej będzie, jak sobie już pójdę.
-    Ile masz lat? – spytał mężczyzna. Mówił bardzo głębokim, miękkim głosem.
-    Dwadzieścia cztery – odparła zaskoczona pyta¬niem. Myślał, że jest zbyt młoda, by pracować? – Ale zwykle doskonale daję sobie radę – dodała.
-    Od jak dawna tu pracujesz? – spytał, patrząc nieco podejrzliwie.
-    Od trzech miesięcy. To znaczy… w tym nowym budynku. Dla firmy pracuję już od pół roku.
Powinna dodać, że od śmierci rodziców. Nie uczyniła tego.
-    Wybrano mnie spośród maszynistek, żebym zastąpiła jedną z sekretarek. Jestem szybka. Och… chciałam powiedzieć, że piszę bardzo szybko. Boże… Czy nie powinnam znaleźć gdzieś trochę piasku i przysypać ten dywan, nim ktokolwiek zobaczy?…
- Zawiadom sprzątaczy. Za to im płacą. A sama wracaj do pracy. MacFaber nie znosi lenistwa. Tak słyszałem – dodał chłodnym tonem.
Westchnęła.
- On chyba nikogo nie lubi. Nigdy tu nawet nie zajrzał, cud że ten koncern w ogóle działa.
Krzaczaste brwi powędrowały w górę.
-    Naprawdę? Myślałem, że ma tu swój gabinet.
-    Wszyscy tak przypuszczali. Trzy miesiące temu przeniesiono nas ze starego biurowca i zwiększono liczbę pracowników. Głównie sekretarek. Nawet osobista sekretarka pana MacFabera, Charlene, jest nowa. Nikt więc nie wie, jak on wygląda. Charlene przyjmuje zlecenia od wiceprezesa do spraw produkcji, który jest kimś w rodzaju zastępcy szefa.
Zniżyła głos, przysuwając się.
-    Podejrzewamy, że MacFaber przebrał się za ten wielki fotel w sali konferencyjnej.
-    Zdumiewające – nieznajomy pokręcił głową. – Tak jakby szef był jedynie tworem czyjejś wyobraźni! – na jego twarzy znów pojawił się cień uśmiechu.
Maureen przyglądała mu się przez chwilę. Nie wyglądał na kogoś, kto często się śmieje. Był potężny – niemal olbrzymi. Wysoki, dobrze zbudowany, o władczej postawie, szerokiej twarzy i głęboko osadzonych ciemnych oczach. Miał proste, gęste i czarne włosy, również nadgarstki pokrywał mu ciemny zarost. Maureen zastanawiała się, jak wygląda reszta jego ciała. Po chwili zdziwiła ją własna ciekawość. Była zwykłą dziewczyną o wesołym uspo¬sobieniu, skromnie, choć schludnie ubraną. Mężczyźni rzadko zwracali na nią uwagę, nawet gdy, tak jak dziś, miała makijaż wart co najmniej pięćdziesiąt dolarów.
-    Jesteś tu nowy? – spytała nieśmiało, nieświadomie przechodząc na „ty”, tak jak on zwracał się do niej.
-    Pracujesz jako mechanik? – dodała, poprawiając zsuwające się okulary. Cholera, dlaczego wybrała tak beznadziejną oprawkę? Nie powinna nosić okularów. Gdyby była piękna i pełna seksu…
-    Można przyjąć, że jestem nowy – odparł na jej wcześniejsze pytanie – a ponieważ noszę ko¬mbinezon mechanika, reszty możesz domyślić się sama.
-    Więc pracujesz przy nowym projekcie odrzutowca! – zawołała podekscytowana, lekko zdziwiona jego zmieszaniem.
-    Tak – mruknął niechętnie. – Wiesz coś o tym?
-    Niewiele – westchnęła. – Nikt nie rozumie, dlaczego praca idzie tak ciężko. Specjaliści opracowali na komputerach kosztowny projekt, który miał według nich poprawić stary projekt Fabera. Lecz lot próbny zakończył się fiaskiem. Kiepska sprawa – szczególnie, że w Peters Aviation tylko czekają na naszą porażkę.
Skrzywił się, słysząc nazwę konkurencyjnej firmy.
- Na ich miejscu nie liczyłbym na to – powiedział chłodno. – Nie zamierzasz dzisiaj pracować?
Zarumieniła się lekko. W głosie mężczyzny po¬brzmiewał ton rozkazu. Musiał być przyzwyczajony do wydawania poleceń. Na pewno był żonaty i miał dzieci. W jego wieku… Ciekawe, ile ma lat? Spojrzała szybko w jego stronę, podnosząc torebkę i kubek po kawie. Trzydzieści pięć, może trochę więcej. Miał kilka siwych włosów i parę zmarszczek.
-    Jestem Maureen – powiedziała. Przestąpiła z nogi na nogę, spoglądając zza szkieł okularów. Chciałaby umieć mówić tak gładko jak Charlene.
-    Jak masz na imię? – spytała.
-    Jake – mruknął. – Przepraszam. Nie mogę się spóźnić.
Jake. Nie wyglądał na Jake’a. Patrzyła, jak od¬chodził. Pociągający. Czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Nigdy dotąd nie rozmawiała tak szczerze. Na dodatek spytała go o imię. To już szczyt odwagi.
Maureen uśmiechnęła się do siebie. Może nie jest z nią tak źle, jak to sobie wyobrażała. Może…
Była zadowolona, że zdecydowała się pozostać w Wichita. Co prawda, jej nowy znajomy wyglądał na niezbyt zainteresowanego kontynuowaniem znajo¬mości, ale nie była tym zaskoczona. To chyba przez te okulary. Niestety, gdyby ich nie nosiła, praw¬dopodobnie próbowałaby rozmawiać z wieszakiem lub drzewem w parku. Była krótkowidzem.
Niemal bez tchu wpadła w drzwi gabinetu Arnolda M. Blake’a i zajęła miejsce za biurkiem. Rzuciła okiem na telefon. Linia była zajęta. Dzięki Bogu. Blake rozmawiał w swoim pokoju. Może nie zauważył jej spóźnienia. Chwyciła słuchawkę drugiego aparatu i połączyła się z pokojem sprzątaczy.
- Ktoś rozlał kawę na dywan leżący przy wejściu – powiedziała, starając się nadać głosowi najbardziej niewinne brzmienie. – Czy moglibyście się tym zająć?
Z drugiej strony dobiegło ciężkie westchnienie.
-    Czy to pani, panno Harris?
Przełknęła ślinę.
-    Tak.
- Załatwione – padła sucha odpowiedź. – Znów się pani spóźniła?
Maureen poczuła, że się rumieni.
-    Wyciekła mi woda z pralki.
-    Ostatnim razem – mruknął męski głos – na dywanie był koktajl truskawkowy…
-    Przepraszam – jęknęła. – Ciąży nade mną klątwa. W poprzednim wcieleniu byłam psychopatką i mor¬dowałam ludzi toporem.
-    Bez obaw, usuniemy wszystkie plamy. I dzięku¬jemy za czekoladki, które przywiozła pani z Nowego Orleanu – dodał głos. – Wszystkim bardzo smakowały.
Uśmiechnęła się smutno. Przez parę dni była w rodzinnym mieście, aby dopilnować sprzedaży domu rodziców – ostatniej rzeczy, jaka łączyła ją z dawnym życiem. Planowali przeprowadzić się razem z nią do Wichita, ale tuż przed wyjazdem zginęli w wypadku. Maureen uznała, że trzeba zacząć wszystko od nowa. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży domu wynajęła dwupoziomowe mieszkanie w Wichita. Ponieważ pracowała w MacFaber Corporation, nie musiała się martwić o codzienne wydatki. Dobrze, że pomyślała o tych czekoladkach.
-    Dziękuję – odłożyła słuchawkę i ponownie spojrzała na swą sukienkę. Powinna być jasnoniebieska. Tych plam niczym się nie da usunąć.
-    Aaa, jest już pani – odezwał się z uśmiechem Blake, stojąc w drzwiach gabinetu. – Chciałbym podyktować list.
-    Tak jest – schwyciła notes i ołówek. – Przep¬raszam. Spóźniłam się i wylałam kawę… Wszystko tak się poplątało…
-    Nie ma sprawy – odparł łagodnie mężczyzna. – Proszę ze mną.
Podyktował jej kilka listów, wszystkie związane były z nowym projektem odrzutowca. Maureen nigdy nie zwracała uwagi na treść dokumentów, bo zawierały szereg mało zrozumiałych terminów technicznych. Blake kilkakrotnie musiał literować co trudniejsze zwroty, lecz nigdy nie tracił cierpliwości.
Powiadano, że gdy Joseph MacFaber wpadał we wściekłość, ryczał jak zraniony niedźwiedź. Ale on był potwornie bogaty, a na dodatek przejawiał zgoła samobójcze instynkty i uczestniczył w najrozmaitszych niebezpiecznych przedsięwzięciach. Teraz przebywał w Rio de Janerio. Podobno w ten sposób próbował ukoić ból po śmierci matki. Pani MacFaber zginęła w wypadku samochodowym podczas podróży po Europie. Mówiono, że teraz lepiej nie jeździć z nim samochodem.
Blake skończył dyktować i Maureen wróciła do biurka, by przepisać listy na maszynie. Kiedy skończyła, była już pora lunchu. Blake wyszedł, więc Maureen przez chwilę nie miała nic do roboty. Zwykle o dwunastej wychodziła na lunch, lecz dziś czuła się winna z powodu spóźnienia. Poszła więc jedynie do bufetu, kupiła napój owocowy i herbatniki i usiadła samotnie przy oknie. Kończyła właśnie pić, gdy jej nowy znajomy zajął miejsce opodal i otworzył pudełko z drugim śniadaniem.
Maureen bezwiednie obserwowała mechanika. Był taki duży. Zwykle nie interesowała się mężczyznami, a już tym bardziej nie gapiła się na nich podczas posiłku. Lecz on był taki… pociągający. Bardzo pociągający. Dziewczyna westchnęła, gdy popatrzył w górę i pochwycił jej spojrzenie. Błysnął gniewnie oczyma. Maureen zarumieniła się i szybko zerknęła w stronę okna. Głupia sprawa. Przez ten nawał pracy nie wiedziała już, co robić. Skończyła napój, zabrała butelkę i przechodząc posłała przelotny uśmiech mechanikowi. Miało to znaczyć „przepraszam”, lecz mężczyzna odpowiedział jeszcze jednym gniewnym łypnięciem. Chwilę później skierował wzrok na kubek z kawą, zupełnie ignorując obecność dziewczyny. Daszek czapki zasłonił mu twarz. Maureen poczuła się nieswojo. Wróciła do sekretariatu.
Blake prowadził długą dyskusję z kilkoma przed¬stawicielami zarządu. Gdy wyszli, w zamyśleniu krążył po gabinecie.
- Czy coś się stało, proszę pana? – spytała Maureen.
Spojrzał na nią, przesuwając dłonią po łysinie.
-    Słucham? Och, nie. Nie kłopocz się tym. Niewielki problem. Rano przyjdzie inspektor z ministerstwa. Czy mogłabyś się nie spóźnić?
-    Czy to ma związek z modernizacją odrzutowca? – spytała.
Uśmiechnął się cierpko.
- Obawiam się, że tak. Możemy mieć kłopoty, jeśli wtrącą się przedstawiciele departamentu lotnictwa.
Skinęła głową. Chwilę później Blake opuścił biuro. Sprawdzanie korespondencji zajęło Maureen czas aż do szóstej trzydzieści. Gdy odsunęła maszynę do pisania i podniosła się zza biurka, większość pokoi była już pusta. Podchodząc do zegara kontrolnego, usłyszała głos dobiegający z gabinetu MacFabera.
Nie mogła rozróżnić słów, ale ktoś mówił głośno, natarczywym tonem. Prawdopodobnie rozmawiał przez telefon. Maureen zastanawiała się, czy to nie tajemniczy Joseph MacFaber. Może powrócił z Rio wcześniej, niż zamierzał. Postanowiła, że rano zapyta o to Charlene. Odeszła prędko, nie chcąc być przyłapaną na podsłuchiwaniu pod drzwiami gabinetu szefa.
Dzień był prawdziwie wiosenny. Trawnik przed budynkiem pokrył się świeżą zielenią, na drzewach widniały pierwsze pąki. Parking był niemal pusty. Poza poobijaną, czerwoną półciężarówką stał jedynie mały żółty volkswagen Maureen. Oba samochody czasy świetności miały już poza sobą. Jej garbus czasem spisywał się doskonale, ale tylko czasem.
Z głębokim westchnieniem Maureen zasiadła za kierownicą. Męczący dzień dobiegał końca. Przekręciła kluczyk i włączyła zapłon. Nic się nie wydarzyło.
- Och nie, proszę! – jęknęła dziewczyna. – Tylko nie dzisiaj!
Wysiadła, otworzyła pokrywkę maski i uklękła, żeby lepiej widzieć niewielki silnik. Dostrzegła przyczynę swoich kłopotów – przeżarty kwasem kabel akumulatora. Zastanawiała się, czy uderzenie obcasem odblokuje zakleszczoną obejmę.
Nagle zobaczyła olbrzymiego mechanika, stojącego w pobliżu i taksującego ją wzrokiem. Zwróciła twarz w jego stronę, lecz nim zdołała coś powiedzieć, podszedł bliżej.
- Czy to nie nazbyt oczywiste? – spytał z lekkim rozbawieniem. – Najpierw wylewasz na mnie kawę. Potem twój samochód psuje się w sąsiedztwie mojego.
Jego samochód? Co za koszmarny dzień! Facet na pewno myśli, że ona próbuje zwrócić na siebie uwagę. Z drugiej strony, wszystko na to wskazywało. Przecież nie wiedział, jaka jest naprawdę. I do tego gapiła się na niego w bufecie.
-    W porządku – powiedziała szybko. – Poradzę sobie.
-    Dlaczego go po prostu nie uruchomisz? – spytał kpiąco, krzyżując ramiona na potężnej piersi. – I wiedz na przyszłość, że nie dam się złapać. Nie muszę uganiać się za kobietami oraz nie chcę, byś czyhała cały dzień na mnie. Jasne?
Maureen poczuła łzy napływające do oczu. Za¬trzepotała powiekami, wstała z kolan i spojrzała rozżalonym wzrokiem. Od śmierci rodziców była mniej odporna na przykrości losu.
- Wiem, że masz prawo mnie podejrzewać – po¬wiedziała cicho – ale się mylisz. Nie próbowałam cię… poderwać. Rano wpadłam na ciebie przypadkowo. Teraz mam kłopot z akumulatorem, który już dawno powinien być naprawiony, ale nigdy nie miałam na to czasu. Wszystko, co chcę teraz zrobić, to uderzyć butem w odpowiednie miejsce i odjechać. Nie fatyguj się dalszą rozmową.
Trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi zdjęła pantofel i zdecydowanym ruchem uderzyła obcasem w złącze akumulatora. Wyprostowała się… i nieomal wpadła na stojącego obok mężczyznę.
- Pełno tu rdzy – mruknął mechanik, najwyraźniej zmieszany jej zachowaniem.
Nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Zamknęła pokrywę maski, usiadła za kierownicą i włączyła zapłon. Silnik zaskoczył.
Nie obróciwszy głowy odjechała, z trudem powstrzymując się od szlochu. Ten facet był okropny – arogancki, złośliwy i pewny  siebie. Chciałaby powiedzieć mu to prosto w oczy.
Nieśmiała i zamknięta w sobie Maureen prowadziła w rzeczywistości bardzo bogate życie wewnętrzne. W swej wyobraźni zdolna była uczynić niemal wszystko – pokonać każdego.
Sarkazm źle wychowanego mechanika przepełnił ją goryczą. Fakt, że był przystojnym mężczyzną, nie usprawiedliwiał jego podejrzeń. Za kogo się uważał? Nikt, kto znał Maureen, nie wziąłby jej za uwodzicielkę. Tylko, że… nikt nie znał jej naprawdę. Może rodzice, ale oni już nie żyli. Nie miała przyjaciół, bo nieśmiałość i skrytość nie pozwalały jej zbliżyć się do innych. Czekała, aż ktoś zrobi pierwszy krok. Lecz nikt nie chciał tego uczynić. A przecież wewnątrz duszy Maureen tętniła życiem, była wesoła, romantyczna i… uwodzicielska jak gwiazda filmowa. Jednak żadna z tych cech nie została wydobyta na zewnątrz. Może zabrakło odpowiedniego katalizatora?
Gdy wróciła do swego mieszkania, zrzuciła z nóg pantofle i opadła na tapczan. W życiu nie czuła się tak zmęczona. Każdy może mieć zły dzień, pomyślała. Lecz u niej wszystko szło ze złego na gorsze. Przebrała się w dżinsy i bawełnianą bluzkę, wyszczotkowała długie, ciemne włosy i boso weszła do kuchni, by usmażyć hamburgera. Po drodze omal nie rozdeptała Bagwella, który po raz kolejny wydostał się z klatki, a teraz krążył po podłodze trzymając w szponach jedną z rozsypanych wokół łyżeczek.
- Na miłość boską, Bagwell co ty wyprawiasz?! – spytała Maureen. – Znów zapomniałam zamknąć klatkę?
- Cześć – odparła duża zielona papuga z gatunku amazonek, rozpościerając szeroko skrzydła. – Sie masz, Ma-u-u-u-reen!
- Cześć.
Wyciągnęła rękę, pozwalając ptakowi wspiąć się na jej ramię. Pozbierała łyżeczki i podeszła do klatki. Włożyła do niej i Bagwella, i kilka sztućców.
-    Wypuszczę cię, gdy skończę z gotowaniem. Osmaliłbyś sobie skrzydła szwendając się po kuchni.
-    Niedobrrra pani – zamruczał Bagwell, wdra¬pując się na drążek z łyżeczką w łapie. Miał już niemal siedem lat i był bardzo cennym okazem. Jej rodzice przywieźli go z Florydy i szybko stwie¬rdzili, że amazonki są zbyt hałaśliwe. Maureen opiekowała się nim od dwóch lat. Służył jej za towarzysza i obrońcę – z obu tych obowiązków wywiązywał się bardzo dzielnie. Zaproszony niegdyś na kolację mężczyzna ledwo uniknął utraty palców. Więcej nie wrócił.
-    Rujnujesz moje życie towarzyskie – Maureen odezwała się w stronę ptaka. – Przez ciebie nikt nigdy tu nie zamieszka.
-    Kocham cię – dobiegło zza prętów klatki.

Czytaj dalej…

About these ads
 

2 Responses to “Diana Palmer – Oszukana”

  1. zofia cepiel Powiedział/a:

    super ksiżaki

  2. AGNIESZKA WESOŁOWSKA Powiedział/a:

    super książka


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.