Czytaj Romanse – Harlequin’y on-line!

Najlepsze romansidła – książki dla kobiet

Diana Palmer – Oszukana Styczeń 21, 2009

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 7:48 pm
Tags: , , , , , , , ,

Diana Palmer – Oszukana

Maureen Harris już ponad godzinę była spóźniona do pracy. Od rana wszystko leciało jej z rąk. Musiała uprzątnąć wodę wyciekającą z pralki, a kiedy się ubierała, podarła ostatnią parę rajstop. Na koniec zapodziała gdzieś kluczyki od samochodu. Dysząc wbiegła do biura MacFaber Corporation z gołymi nogami, kaskadą czarnych włosów, w sukience po¬plamionej pitą w gorączkowym pośpiechu kawą.
Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna wyszedł zza zakrętu korytarza, trzymając w dłoni napełniony kubek. Dziewczyna zderzyła się z nadchodzącym, upadła na plecy i obserwowała z przerażeniem, jak kubek wolno szybuje w powietrzu, a jego zawartość wylewa się na dywan, na stojącego mężczyznę oraz na jej i tak zmaltretowaną sukienkę.
Maureen usiadła, szybko podniosła z podłogi modne, połyskujące drucianą oprawką okulary i założyła je na nos, by lepiej widzieć. Spojrzała z rezygnacją na milczącego, nieco ponurego mężczyznę w szarym kombinezonie.
- Nie zapłaciłam w terminie rachunku za telefon – powiedziała bez związku. – A ci od telefonów mają już swoje sposoby. Wyleją ci wodę z pralki, podrą rajstopy, wychlapią kawę i postawią na drodze kogoś nieznajomego.
Obcy uniósł brwi. Nie był ideałem męskiej urody. Bardziej wyglądał na zapaśnika niż na mechanika, choć kombinezon, który nosił, nie pozostawiał cienia wątpliwości co do jego profesji. Ciemne oczy mierzyły sylwetkę dziewczyny z uwagą, połączoną z zacieka¬wieniem. Lekki uśmiech zmącił kamienne rysy. Maure¬en spojrzała na jego usta – wydatne, pełne seksu i zadumy. Uznała, że przypomina Rzymianina, głównie dzięki wydatnemu nosowi i gęstym brwiom. O takich brwiach wiedziała nieomal wszystko – niegdyś uczęsz¬czała na kurs rysunku i spędzała długie godziny na studiowaniu rzymskich profili. Oczywiście było to dawno, zanim proza życia zmusiła ją do przyjęcia posady sekretarki w MacFaber Corporation.
Ponieważ nieznajomy nie odezwał się ani nie wyciągnął dłoni, Maureen wstała z podłogi, spoglądając z niesmakiem na rozlaną po dywanie kawę. Przy¬gładziła dłonią rozwichrzone włosy.
-    Przepraszam, że wpadłam na pana. Nie chciałam. Nie wiem, co powinnam teraz zrobić – westchnęła. – Najlepiej będzie, jak sobie już pójdę.
-    Ile masz lat? – spytał mężczyzna. Mówił bardzo głębokim, miękkim głosem.
-    Dwadzieścia cztery – odparła zaskoczona pyta¬niem. Myślał, że jest zbyt młoda, by pracować? – Ale zwykle doskonale daję sobie radę – dodała.
-    Od jak dawna tu pracujesz? – spytał, patrząc nieco podejrzliwie.
-    Od trzech miesięcy. To znaczy… w tym nowym budynku. Dla firmy pracuję już od pół roku.
Powinna dodać, że od śmierci rodziców. Nie uczyniła tego.
-    Wybrano mnie spośród maszynistek, żebym zastąpiła jedną z sekretarek. Jestem szybka. Och… chciałam powiedzieć, że piszę bardzo szybko. Boże… Czy nie powinnam znaleźć gdzieś trochę piasku i przysypać ten dywan, nim ktokolwiek zobaczy?…
- Zawiadom sprzątaczy. Za to im płacą. A sama wracaj do pracy. MacFaber nie znosi lenistwa. Tak słyszałem – dodał chłodnym tonem.
Westchnęła.
- On chyba nikogo nie lubi. Nigdy tu nawet nie zajrzał, cud że ten koncern w ogóle działa.
Krzaczaste brwi powędrowały w górę.
-    Naprawdę? Myślałem, że ma tu swój gabinet.
-    Wszyscy tak przypuszczali. Trzy miesiące temu przeniesiono nas ze starego biurowca i zwiększono liczbę pracowników. Głównie sekretarek. Nawet osobista sekretarka pana MacFabera, Charlene, jest nowa. Nikt więc nie wie, jak on wygląda. Charlene przyjmuje zlecenia od wiceprezesa do spraw produkcji, który jest kimś w rodzaju zastępcy szefa.
Zniżyła głos, przysuwając się.
-    Podejrzewamy, że MacFaber przebrał się za ten wielki fotel w sali konferencyjnej.
-    Zdumiewające – nieznajomy pokręcił głową. – Tak jakby szef był jedynie tworem czyjejś wyobraźni! – na jego twarzy znów pojawił się cień uśmiechu.
Maureen przyglądała mu się przez chwilę. Nie wyglądał na kogoś, kto często się śmieje. Był potężny – niemal olbrzymi. Wysoki, dobrze zbudowany, o władczej postawie, szerokiej twarzy i głęboko osadzonych ciemnych oczach. Miał proste, gęste i czarne włosy, również nadgarstki pokrywał mu ciemny zarost. Maureen zastanawiała się, jak wygląda reszta jego ciała. Po chwili zdziwiła ją własna ciekawość. Była zwykłą dziewczyną o wesołym uspo¬sobieniu, skromnie, choć schludnie ubraną. Mężczyźni rzadko zwracali na nią uwagę, nawet gdy, tak jak dziś, miała makijaż wart co najmniej pięćdziesiąt dolarów.
-    Jesteś tu nowy? – spytała nieśmiało, nieświadomie przechodząc na „ty”, tak jak on zwracał się do niej.
-    Pracujesz jako mechanik? – dodała, poprawiając zsuwające się okulary. Cholera, dlaczego wybrała tak beznadziejną oprawkę? Nie powinna nosić okularów. Gdyby była piękna i pełna seksu…
-    Można przyjąć, że jestem nowy – odparł na jej wcześniejsze pytanie – a ponieważ noszę ko¬mbinezon mechanika, reszty możesz domyślić się sama.
-    Więc pracujesz przy nowym projekcie odrzutowca! – zawołała podekscytowana, lekko zdziwiona jego zmieszaniem.
-    Tak – mruknął niechętnie. – Wiesz coś o tym?
-    Niewiele – westchnęła. – Nikt nie rozumie, dlaczego praca idzie tak ciężko. Specjaliści opracowali na komputerach kosztowny projekt, który miał według nich poprawić stary projekt Fabera. Lecz lot próbny zakończył się fiaskiem. Kiepska sprawa – szczególnie, że w Peters Aviation tylko czekają na naszą porażkę.
Skrzywił się, słysząc nazwę konkurencyjnej firmy.
- Na ich miejscu nie liczyłbym na to – powiedział chłodno. – Nie zamierzasz dzisiaj pracować?
Zarumieniła się lekko. W głosie mężczyzny po¬brzmiewał ton rozkazu. Musiał być przyzwyczajony do wydawania poleceń. Na pewno był żonaty i miał dzieci. W jego wieku… Ciekawe, ile ma lat? Spojrzała szybko w jego stronę, podnosząc torebkę i kubek po kawie. Trzydzieści pięć, może trochę więcej. Miał kilka siwych włosów i parę zmarszczek.
-    Jestem Maureen – powiedziała. Przestąpiła z nogi na nogę, spoglądając zza szkieł okularów. Chciałaby umieć mówić tak gładko jak Charlene.
-    Jak masz na imię? – spytała.
-    Jake – mruknął. – Przepraszam. Nie mogę się spóźnić.
Jake. Nie wyglądał na Jake’a. Patrzyła, jak od¬chodził. Pociągający. Czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Nigdy dotąd nie rozmawiała tak szczerze. Na dodatek spytała go o imię. To już szczyt odwagi.
Maureen uśmiechnęła się do siebie. Może nie jest z nią tak źle, jak to sobie wyobrażała. Może…
Była zadowolona, że zdecydowała się pozostać w Wichita. Co prawda, jej nowy znajomy wyglądał na niezbyt zainteresowanego kontynuowaniem znajo¬mości, ale nie była tym zaskoczona. To chyba przez te okulary. Niestety, gdyby ich nie nosiła, praw¬dopodobnie próbowałaby rozmawiać z wieszakiem lub drzewem w parku. Była krótkowidzem.
Niemal bez tchu wpadła w drzwi gabinetu Arnolda M. Blake’a i zajęła miejsce za biurkiem. Rzuciła okiem na telefon. Linia była zajęta. Dzięki Bogu. Blake rozmawiał w swoim pokoju. Może nie zauważył jej spóźnienia. Chwyciła słuchawkę drugiego aparatu i połączyła się z pokojem sprzątaczy.
- Ktoś rozlał kawę na dywan leżący przy wejściu – powiedziała, starając się nadać głosowi najbardziej niewinne brzmienie. – Czy moglibyście się tym zająć?
Z drugiej strony dobiegło ciężkie westchnienie.
-    Czy to pani, panno Harris?
Przełknęła ślinę.
-    Tak.
- Załatwione – padła sucha odpowiedź. – Znów się pani spóźniła?
Maureen poczuła, że się rumieni.
-    Wyciekła mi woda z pralki.
-    Ostatnim razem – mruknął męski głos – na dywanie był koktajl truskawkowy…
-    Przepraszam – jęknęła. – Ciąży nade mną klątwa. W poprzednim wcieleniu byłam psychopatką i mor¬dowałam ludzi toporem.
-    Bez obaw, usuniemy wszystkie plamy. I dzięku¬jemy za czekoladki, które przywiozła pani z Nowego Orleanu – dodał głos. – Wszystkim bardzo smakowały.
Uśmiechnęła się smutno. Przez parę dni była w rodzinnym mieście, aby dopilnować sprzedaży domu rodziców – ostatniej rzeczy, jaka łączyła ją z dawnym życiem. Planowali przeprowadzić się razem z nią do Wichita, ale tuż przed wyjazdem zginęli w wypadku. Maureen uznała, że trzeba zacząć wszystko od nowa. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży domu wynajęła dwupoziomowe mieszkanie w Wichita. Ponieważ pracowała w MacFaber Corporation, nie musiała się martwić o codzienne wydatki. Dobrze, że pomyślała o tych czekoladkach.
-    Dziękuję – odłożyła słuchawkę i ponownie spojrzała na swą sukienkę. Powinna być jasnoniebieska. Tych plam niczym się nie da usunąć.
-    Aaa, jest już pani – odezwał się z uśmiechem Blake, stojąc w drzwiach gabinetu. – Chciałbym podyktować list.
-    Tak jest – schwyciła notes i ołówek. – Przep¬raszam. Spóźniłam się i wylałam kawę… Wszystko tak się poplątało…
-    Nie ma sprawy – odparł łagodnie mężczyzna. – Proszę ze mną.
Podyktował jej kilka listów, wszystkie związane były z nowym projektem odrzutowca. Maureen nigdy nie zwracała uwagi na treść dokumentów, bo zawierały szereg mało zrozumiałych terminów technicznych. Blake kilkakrotnie musiał literować co trudniejsze zwroty, lecz nigdy nie tracił cierpliwości.
Powiadano, że gdy Joseph MacFaber wpadał we wściekłość, ryczał jak zraniony niedźwiedź. Ale on był potwornie bogaty, a na dodatek przejawiał zgoła samobójcze instynkty i uczestniczył w najrozmaitszych niebezpiecznych przedsięwzięciach. Teraz przebywał w Rio de Janerio. Podobno w ten sposób próbował ukoić ból po śmierci matki. Pani MacFaber zginęła w wypadku samochodowym podczas podróży po Europie. Mówiono, że teraz lepiej nie jeździć z nim samochodem.
Blake skończył dyktować i Maureen wróciła do biurka, by przepisać listy na maszynie. Kiedy skończyła, była już pora lunchu. Blake wyszedł, więc Maureen przez chwilę nie miała nic do roboty. Zwykle o dwunastej wychodziła na lunch, lecz dziś czuła się winna z powodu spóźnienia. Poszła więc jedynie do bufetu, kupiła napój owocowy i herbatniki i usiadła samotnie przy oknie. Kończyła właśnie pić, gdy jej nowy znajomy zajął miejsce opodal i otworzył pudełko z drugim śniadaniem.
Maureen bezwiednie obserwowała mechanika. Był taki duży. Zwykle nie interesowała się mężczyznami, a już tym bardziej nie gapiła się na nich podczas posiłku. Lecz on był taki… pociągający. Bardzo pociągający. Dziewczyna westchnęła, gdy popatrzył w górę i pochwycił jej spojrzenie. Błysnął gniewnie oczyma. Maureen zarumieniła się i szybko zerknęła w stronę okna. Głupia sprawa. Przez ten nawał pracy nie wiedziała już, co robić. Skończyła napój, zabrała butelkę i przechodząc posłała przelotny uśmiech mechanikowi. Miało to znaczyć „przepraszam”, lecz mężczyzna odpowiedział jeszcze jednym gniewnym łypnięciem. Chwilę później skierował wzrok na kubek z kawą, zupełnie ignorując obecność dziewczyny. Daszek czapki zasłonił mu twarz. Maureen poczuła się nieswojo. Wróciła do sekretariatu.
Blake prowadził długą dyskusję z kilkoma przed¬stawicielami zarządu. Gdy wyszli, w zamyśleniu krążył po gabinecie.
- Czy coś się stało, proszę pana? – spytała Maureen.
Spojrzał na nią, przesuwając dłonią po łysinie.
-    Słucham? Och, nie. Nie kłopocz się tym. Niewielki problem. Rano przyjdzie inspektor z ministerstwa. Czy mogłabyś się nie spóźnić?
-    Czy to ma związek z modernizacją odrzutowca? – spytała.
Uśmiechnął się cierpko.
- Obawiam się, że tak. Możemy mieć kłopoty, jeśli wtrącą się przedstawiciele departamentu lotnictwa.
Skinęła głową. Chwilę później Blake opuścił biuro. Sprawdzanie korespondencji zajęło Maureen czas aż do szóstej trzydzieści. Gdy odsunęła maszynę do pisania i podniosła się zza biurka, większość pokoi była już pusta. Podchodząc do zegara kontrolnego, usłyszała głos dobiegający z gabinetu MacFabera.
Nie mogła rozróżnić słów, ale ktoś mówił głośno, natarczywym tonem. Prawdopodobnie rozmawiał przez telefon. Maureen zastanawiała się, czy to nie tajemniczy Joseph MacFaber. Może powrócił z Rio wcześniej, niż zamierzał. Postanowiła, że rano zapyta o to Charlene. Odeszła prędko, nie chcąc być przyłapaną na podsłuchiwaniu pod drzwiami gabinetu szefa.
Dzień był prawdziwie wiosenny. Trawnik przed budynkiem pokrył się świeżą zielenią, na drzewach widniały pierwsze pąki. Parking był niemal pusty. Poza poobijaną, czerwoną półciężarówką stał jedynie mały żółty volkswagen Maureen. Oba samochody czasy świetności miały już poza sobą. Jej garbus czasem spisywał się doskonale, ale tylko czasem.
Z głębokim westchnieniem Maureen zasiadła za kierownicą. Męczący dzień dobiegał końca. Przekręciła kluczyk i włączyła zapłon. Nic się nie wydarzyło.
- Och nie, proszę! – jęknęła dziewczyna. – Tylko nie dzisiaj!
Wysiadła, otworzyła pokrywkę maski i uklękła, żeby lepiej widzieć niewielki silnik. Dostrzegła przyczynę swoich kłopotów – przeżarty kwasem kabel akumulatora. Zastanawiała się, czy uderzenie obcasem odblokuje zakleszczoną obejmę.
Nagle zobaczyła olbrzymiego mechanika, stojącego w pobliżu i taksującego ją wzrokiem. Zwróciła twarz w jego stronę, lecz nim zdołała coś powiedzieć, podszedł bliżej.
- Czy to nie nazbyt oczywiste? – spytał z lekkim rozbawieniem. – Najpierw wylewasz na mnie kawę. Potem twój samochód psuje się w sąsiedztwie mojego.
Jego samochód? Co za koszmarny dzień! Facet na pewno myśli, że ona próbuje zwrócić na siebie uwagę. Z drugiej strony, wszystko na to wskazywało. Przecież nie wiedział, jaka jest naprawdę. I do tego gapiła się na niego w bufecie.
-    W porządku – powiedziała szybko. – Poradzę sobie.
-    Dlaczego go po prostu nie uruchomisz? – spytał kpiąco, krzyżując ramiona na potężnej piersi. – I wiedz na przyszłość, że nie dam się złapać. Nie muszę uganiać się za kobietami oraz nie chcę, byś czyhała cały dzień na mnie. Jasne?
Maureen poczuła łzy napływające do oczu. Za¬trzepotała powiekami, wstała z kolan i spojrzała rozżalonym wzrokiem. Od śmierci rodziców była mniej odporna na przykrości losu.
- Wiem, że masz prawo mnie podejrzewać – po¬wiedziała cicho – ale się mylisz. Nie próbowałam cię… poderwać. Rano wpadłam na ciebie przypadkowo. Teraz mam kłopot z akumulatorem, który już dawno powinien być naprawiony, ale nigdy nie miałam na to czasu. Wszystko, co chcę teraz zrobić, to uderzyć butem w odpowiednie miejsce i odjechać. Nie fatyguj się dalszą rozmową.
Trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi zdjęła pantofel i zdecydowanym ruchem uderzyła obcasem w złącze akumulatora. Wyprostowała się… i nieomal wpadła na stojącego obok mężczyznę.
- Pełno tu rdzy – mruknął mechanik, najwyraźniej zmieszany jej zachowaniem.
Nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Zamknęła pokrywę maski, usiadła za kierownicą i włączyła zapłon. Silnik zaskoczył.
Nie obróciwszy głowy odjechała, z trudem powstrzymując się od szlochu. Ten facet był okropny – arogancki, złośliwy i pewny  siebie. Chciałaby powiedzieć mu to prosto w oczy.
Nieśmiała i zamknięta w sobie Maureen prowadziła w rzeczywistości bardzo bogate życie wewnętrzne. W swej wyobraźni zdolna była uczynić niemal wszystko – pokonać każdego.
Sarkazm źle wychowanego mechanika przepełnił ją goryczą. Fakt, że był przystojnym mężczyzną, nie usprawiedliwiał jego podejrzeń. Za kogo się uważał? Nikt, kto znał Maureen, nie wziąłby jej za uwodzicielkę. Tylko, że… nikt nie znał jej naprawdę. Może rodzice, ale oni już nie żyli. Nie miała przyjaciół, bo nieśmiałość i skrytość nie pozwalały jej zbliżyć się do innych. Czekała, aż ktoś zrobi pierwszy krok. Lecz nikt nie chciał tego uczynić. A przecież wewnątrz duszy Maureen tętniła życiem, była wesoła, romantyczna i… uwodzicielska jak gwiazda filmowa. Jednak żadna z tych cech nie została wydobyta na zewnątrz. Może zabrakło odpowiedniego katalizatora?
Gdy wróciła do swego mieszkania, zrzuciła z nóg pantofle i opadła na tapczan. W życiu nie czuła się tak zmęczona. Każdy może mieć zły dzień, pomyślała. Lecz u niej wszystko szło ze złego na gorsze. Przebrała się w dżinsy i bawełnianą bluzkę, wyszczotkowała długie, ciemne włosy i boso weszła do kuchni, by usmażyć hamburgera. Po drodze omal nie rozdeptała Bagwella, który po raz kolejny wydostał się z klatki, a teraz krążył po podłodze trzymając w szponach jedną z rozsypanych wokół łyżeczek.
- Na miłość boską, Bagwell co ty wyprawiasz?! – spytała Maureen. – Znów zapomniałam zamknąć klatkę?
- Cześć – odparła duża zielona papuga z gatunku amazonek, rozpościerając szeroko skrzydła. – Sie masz, Ma-u-u-u-reen!
- Cześć.
Wyciągnęła rękę, pozwalając ptakowi wspiąć się na jej ramię. Pozbierała łyżeczki i podeszła do klatki. Włożyła do niej i Bagwella, i kilka sztućców.
-    Wypuszczę cię, gdy skończę z gotowaniem. Osmaliłbyś sobie skrzydła szwendając się po kuchni.
-    Niedobrrra pani – zamruczał Bagwell, wdra¬pując się na drążek z łyżeczką w łapie. Miał już niemal siedem lat i był bardzo cennym okazem. Jej rodzice przywieźli go z Florydy i szybko stwie¬rdzili, że amazonki są zbyt hałaśliwe. Maureen opiekowała się nim od dwóch lat. Służył jej za towarzysza i obrońcę – z obu tych obowiązków wywiązywał się bardzo dzielnie. Zaproszony niegdyś na kolację mężczyzna ledwo uniknął utraty palców. Więcej nie wrócił.
-    Rujnujesz moje życie towarzyskie – Maureen odezwała się w stronę ptaka. – Przez ciebie nikt nigdy tu nie zamieszka.
-    Kocham cię – dobiegło zza prętów klatki.

Czytaj dalej…

 

Diana Palmer – Mój cudowny szef Styczeń 21, 2009

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 6:40 pm
Tags: , , , , , , , , , , ,

Diana Palmer – Mój cudowny szef

PROLOG

Richard Dane Lassiter spoglądał na panoramę Houston z okna swego gabinetu w eleganckim biurowcu. Patrzył nie widzącym wzrokiem na drobne krople deszczu spływające po szybie. W zapadającym zmroku lśniły neony i latarnie. Dane podświadomie usiłował odwlec nieuchronną konfrontację.
Lada chwila powinien przejść z gabinetu do poczekalni agencji detektywistycznej. Musiał zbesztać sekretarkę, którą uważał niemal za swoją krewną. Tess Meriwether była córką mężczyzny zaręczonego z jego matką. Nita Lassiter i Wyatt Meriwether zginęli tragicznie na krótko przed ślubem. Ich dzieci nie stały się wprawdzie powinowatymi, lecz mimo to Dane od paru lat czuł się za Tess odpowiedzialny. Dlatego gdy dziewczyna straciła ojca, zatrudnił ją u siebie i czuwał nad nią z daleka. Bolesne wspomnienia zawsze będą ich dzielić, ale uczucie pozostało.
Można by je nazwać miłością, gdyby nie to, że Dane za wszelką cenę chciał zachować dystans i świadomie zrażał do siebie Tess. Miał za sobą nieudane małżeństwo. Został również ciężko ranny, gdy jako teksaski strażnik tropił przestępców. Postrzał, który omal nie okazał się śmiertelny, spowodował w życiu Lassitera wielkie zmiany. Dane odszedł z policji i założył własną agencję detektywistyczną.
Skaptował do współpracy najlepszych miejscowych funkcjonariuszy. Jego firma od początku cieszyła się dobrą opinią i zaufaniem klientów. Znacznie gorzej układało się życie prywatne detektywa. Szczerze mówiąc, w ogóle go nie miał. Została mu jedynie Tess, która unikała go jak ognia.
Lassiter odszedł od okna. Był wysoki i szczupły. Poruszał się zwinnie i lekko; głowę nosił wysoko i patrzył na ludzi z góry. Wygląd i postawa detektywa pozwalały się domyślać, że w jego żyłach płynie hiszpańska krew. Odziedziczył po przodkach czarne oczy i włosy oraz ciemną karnację. Był przystojnym mężczyzną, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Od lat unikał kobiet; nie obchodziło go, czy może się podobać.
Matka znienawidziła go, bo zbytnio przypominał ojca, który porzucił rodzinę, kiedy Dane był małym chłopcem. Pragnął okazać matce, jak bardzo ją kocha, ale Nita po prostu nie miała dla niego czasu. Obojętność matki pozostawiła głęboką skazę w jego osobowości. Ożenił się, gdy pracował w policji Houston, jeszcze nim postanowił zostać teksaskim strażnikiem. Jane poślubiła jednak nie człowieka, tylko twarzowy uniform; to ją w narzeczonym najbardziej pociągało. Wspólne życie nie układało się dobrze. Dane nie mógł dać żonie tego, czego najbardziej pragnęła. Szybko doszła do wniosku, że popełniła niewybaczalny błąd. Odsunęła się od męża, nie chciała z nim sypiać, a w końcu uznała, że ma go dość. Gdy Dane został ranny, odeszła, zanim opuścił szpital. Gdyby nie Tess, musiałby samotnie zmagać się z tamtym koszmarem.
Na ironię losu zakrawało, że Tess była w nim zakochana. Dane myślał o tym z goryczą. Poznał ją jako nastolatkę; właśnie skończyła szkołę. Wyatt Meriwether zaniedbywał córkę, podobnie jak Nita Lassiter swego syna. Oddał ją babci na wychowanie, by mieć czas na liczne romanse. Niewinna i łagodna Tess pociągała Dane’a bardziej niż jakakolwiek inna kobieta. Po dziś dzień wstyd mu było, że tak źle ją potraktował w czasie swojej rekonwalescencji.
Siła uczuć, jakie dla siebie żywili, z niczym nie dała się porównać. Dane usiłował zdusić je w zarodku. Nie lubił kobiet i nie miał do nich zaufania. A jednak Tess znalazła drogę do jego serca. Nikt go dotąd tak nie kochał. Odrzucił ten dar, ulegając nagłemu wybuchowi namiętności; tak bardzo przestraszył Tess, że od tej pory trzymała się od niego z daleka.
Dane niecierpliwym gestem odgarnął ciemne włosy. Dość tych wspomnień. Nic dobrego z nich nie wynika. Życie przynosiło nowe problemy. Tess umyśliła sobie, że zostanie prywatnym detektywem w jego agencji. Ta praca bywała niebezpieczna. Dane niechętnie przydzielał ryzykowne zadania Nickowi oraz jego siostrze, Helen. Jednym z nich była zasadzka na groźnego przestępcę, której Tess przez głupotę i nieuwagę omal nie udaremniła. Trzeba jej za to porządnie natrzeć uszu. Niewiele brakowało, by zdekonspirowała jego agentów. Nie można ryzykować kolejnej takiej wpadki. Poza tym Tess musi się pożegnać z marzeniami o posadzie detektywa. Ryzyko było zbyt wielkie. Helen uległa prośbom dziewczyny, nauczyła ją chwytów skutecznych w samoobronie i pokazała, jak obchodzić się z bronią, chociaż Dane nie życzył sobie, by jego agencja przekształciła się w szkółkę dla początkujących detektywów. Tess była tak uparta, że w końcu zrobił dla niej wyjątek. Drżał na samą myśl, że mogłaby wykonywać    ryzykowną pracę detektywa. W biurze była całkiem bezpieczna. Gdyby zmieniła posadę…
Na szczęście nic nie wskazywało na to, by do tego doszło.
Należało jak najszybciej załatwić sprawę niefortunnego zachowania się Tess podczas zasadzki na podejrzanego.
Dane przypomniał sobie, jak po raz pierwszy ujrzał Tess w restauracji, gdzie Nita i Wyatt po zaręczynach umówili się na spotkanie z dwójką dorosłych dzieci. Dane udawał, że poczuł niechęć do jasnowłosej nastolatki, która od pierwszej chwili pociągała go jednak z wielką siłą. Dla dorosłego, żonatego mężczyzny był to powód do niepokoju. Jane przyszła z nim na spotkanie, ale była tak uszczypliwa i arogancka, że odesłał ją taksówką do domu. Tess stanowiła jej przeciwieństwo. Była nieśmiała, milcząca i wyraźnie nim zainteresowana.
Na samą myśl o tym Dane machinalnie napiął mięśnie.
Od pierwszej chwili pragnął Tess i mijające lata tego nie zmieniły. Żył samotnie. Miał ważny powód, dla którego nie pragnął trwałego związku, a tym bardziej małżeństwa. Męska duma nie pozwalała mu rozpamiętywać tej sprawy.
Skrzywił się i podszedł do drzwi oddzielających gabinet od sekretariatu i poczekalni. Nie można w nieskończoność odwlekać tej rozmowy. To byłby objaw tchórzostwa, a tego nikt mu nie śmiał zarzucić. Obawiał się jednak, że nie będzie w stanie patrzeć na smutną twarz bezlitośnie karconej dziewczyny. Nie chciał, by znów przez niego cierpiała. Bóg jeden wie, ilu zmartwień przysporzył jej przez te wszystkie lata.
Z drugiej strony jednak Tess powinna sobie uświadomić, że w ich pracy obowiązują żelazne zasady, których trzeba przestrzegać. Jeśli raz przymknie oczy na jej głupi postępek, kolejny błąd może kosztować ją życie. Nie wolno ryzykować.
Z ponurą miną położył dłoń na klamce i otworzył drzwi.

Czytaj dalej…

 

Diana Palmer – IGRASZKI Styczeń 21, 2009

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 5:38 pm
Tags: , , , , , , , , , , ,

Diana Palmer – IGRASZKI

Na dworze padał deszcz. Abby Summer zsunęła z ramion beżowy trencz; na miękkim dywanie przy jej biurku pojawiły się malutkie kałuże. Zdjęła z głowy kapelusz z małym rondem, ukazując gęste sploty srebrnych włosów. Nawet przemoczona, miała w sobie grację i szyk, które przyciągały oko. Dwudziestosześcioletnia kobieta wyglądała o parę lat młodziej ze swą szczupłą budową ciała i delikatnymi rysami twarzy.
Powiesiła płaszcz na wieszaku, ukazując długie palce i starannie wypielęgnowane paznokcie. Ciemnozielone oczy patrzyły ze spokojem i lekkim chłodem – taką Abby Summer widziało otoczenie. Znana była w biurze prawnym McCalluma, Dopplera, Hedelwhite’a i Smitha ze swej pogody i spokoju, które zachowywała w najbardziej nawet nerwowych sytuacjach. Od roku była sekretarką Greysona McCalluma i ani razu nie straciła panowania nad sobą, nie podniosła głosu, nie wybuchnęła płaczem, a przede wszystkim nie rzuciła jeszcze pracy. A to było znakiem niewątpliwego heroizmu – Greyson McCallum miał ustaloną opinię i nie była to z całą pewnością opinia człowieka spokojnego i opanowanego.
McCallum i stary pan Doppler byli głównymi osobami w firmie. Dick Hedelwhite od dawna już nie żył, ale jego nazwisko pozostało w nazwie firmy na znak szacunku i pamięci. Jerry Smith pracował tu od niedawna. Abby i Jan Dickinson prowadziły sekretariat, ale do Abby należała obsługa jaskini lwa, jak nazywano gabinet McCalluma. Był on znanym w całym kraju prawnikiem, jego sława przyciągała klientów aż z Nowego Jorku, podczas gdy Doppler i Smith specjalizowali się raczej
w sprawach rozwodowych i cywilnych. Tak więc Jan miała łatwiejszy żywot: pracowała dla dwóch spokojnych, cierpliwych szefów. Nikt i nigdy nie ośmieliłby się przypisać tych dwóch cech McCallumowi.
Abby zdjęła pokrywę z elektrycznej maszyny do pisania i sięgnęła do środkowej szuflady po swój terminarz. Nie znalazła go – zajrzała głębiej i otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Przecież zawsze tam był!
Przeszukała sąsiednią szufladę, aż w końcu zauważyła go – leżał na pudełku z kalką. Nie było to jego właściwe miejsce, a w dodatku Abby nie mogła sobie przypomnieć, czy w piątek przed wyjściem położyła go właśnie tam.
Otworzyła kalendarz na poniedziałku i szybko przebiegła wzrokiem znajome nazwiska, aż spostrzegła czarny gryzmoł, odbijający się na tle jej schludnych, drobnych liter. Na godzinę czwartą po południu wpisał jakieś nazwisko szef, McCallum. Abby poczuła, jak krew uderza jej do głowy.
Drżącą ręką rzuciła czarny notes na lśniącą powierzchnię biurka. Otworzyła go i spojrzała raz jeszcze, czując jednocześnie przypływ paniki, która nakazywała jej czym prędzej wybiec z biura. Robert C. Dalton, 16.00, Robert C. Dalton – litery w obłąkanym tańcu skakały jej przed oczami.
Oczywiście, nazwisko Dalton nie było w Atlancie rzadkością. W książce telefonicznej można by znaleźć mnóstwo osób o tym nazwisku. Ale Abby była pewna, mogłaby się założyć o tygodniową pensję, że ten Robert C. Dalton pochodzi z Charlestonu i że jest mężem spadkobierczyni stoczniowego imperium. Abby wiedziała również, że musi znaleźć sposób, aby opuścić biuro przed czwartą po południu.
Była tak zaabsorbowana myślami, że nie usłyszała dzwonka telefonu wewnętrznego. Dopiero drugi dzwonek wyrwał ją z zamyślenia; przycisnęła guzik drżącym palcem.
-    Tak, słucham – odezwała się cicho.
-    Przynieś notatnik – usłyszała szorstki, donośny głos.
Automatycznie sięgnęła po duży blok i ołówek i zerwała się na nogi. To był tydzień, w którym odbywały się procesy sądowe, McCallum miał pierwszą sprawę dziś o 9.30. Była już prawie 9.00. Dotarcie do sądu zajmie mu dziesięć minut – pięć, jeśli pojedzie szybkim jak błyskawica Porche – i teraz, w ostatniej chwili stwierdził, że chciałby coś dodać do swojej petycji sądowej. Zanim jej
podyktuje tekst, zostanie mniej niż pięć minut na napisanie tego na maszynie, z kopiami, bez żadnego błędu – tak, jak szef sobie życzy. Podchodząc do drzwi jego gabinetu wiedziała, że nie zdoła tego zrobić w tym stanie.
-    Usiądź – burknął McCallum, nie podnosząc wzroku znad kartki, którą właśnie czytał.
Abby usiadła sadowiąc się z wdziękiem na brzegu jednego z brązowych krzeseł i zatrzymała wzrok na jego szerokich ramionach i mocnych, grubych palcach, które trzymały jakieś pismo. Robił wrażenie raczej zawodowego zapaśnika, niż znanego prawnika. Nie tylko dlatego, że był wysoki i mocno zbudowany. Potrafił używać słów dużo efektywniej niż siły fizycznej. Abby widziała kiedyś
w sądzie, jak doprowadził dorosłego mężczyznę, świadka w procesie, do łez. Był w stanie zmiękczyć  najtwardszego osobnika, używając swojego głębokiego, matowego głosu.
Niewątpliwie hamował swoje agresywne instynkty w obecności kobiet, a jego biuro było ich pełne. I wszystkie w jakiś sposób do siebie podobne: doświadczone, dojrzałe, wysokie brunetki, zdolne i lekko znudzone. Kobiety – zombie – mówiła o nich Abby, gdy miała chęć poprawić sobie samopoczucie. Ich rozmowy zdawały się dotyczyć wyłącznie najnowszych perfum i ostatniego
podarunku od szefa. Wszystkie płaszczyły się przed nim, ale żadna nie przetrwała dłużej, niż parę tygodni. On zaś, mimo swoich czterdziestu lat, był wciąż kawalerem i wcale nie spieszył się ze zmianą stanu cywilnego.
- Przyglądasz mi się? – spytał szorstko, jego dziwne, blade, szare oczy nagle chwyciły jej wzrok w kleszcze.
Ledwo powstrzymała się, żeby mu nie odpyskować, ż trudem zachowała spokój. Trzymała swoją żywą osobowość w ścisłych ryzach, chowała ją pod prostym, szarym kostiumem i okularami, które wcale nie musiała nosić. Dzięki takiemu wyglądowi dostała posadę. „W żadnym wypadku nie możesz wyglądać jak kobieta sukcesu, ale też nie jak cieplarniany kwiat” – ostrzegła ją jej  przyjaciółka Jan, gdy przyszła w sprawie pracy. Tylko kobiety McCalluma mogły być pełne koloru i życia. Osoba siedząca za klawiaturą maszyny do pisania nie powinna się zanadto odcinać od tła ściany, którą ma za plecami; jej obowiązkiem jest działać na szefa kojąco. Tak więc Abby przybrała swoją garderobę i (osobowość) w stonowane barwy, do lamusa odkładając wdzięk, dzięki któremu
stała się niezłą dziennikarką, i spokojnie zaczęła nową pracę. Prawie nigdy nie tęskniła za starym życiem, za dreszczykiem emocji towarzyszącym dziennikarstwu. Prawie nigdy.
-    Takie pan odnosi wrażenie, panie McCallum? – spytała z uprzejmym uśmiechem.
Przymknął oczy i przyglądał się jej świdrującym spojrzeniem, które zdawało się sięgać do najgłębszych miejsc jej duszy, do sekretnych zakątków zamkniętych przed dostępem światła dziennego.
Starannie, bez słowa, wyrwał żółtą kartkę z leżącego przed nim notatnika i pchnął ją przez biurko.
-    Przepisz to na maszynie – rzucił szorstko. – Potem zadzwoń do panny Nichols, do jej mieszkania i powiedz, że jutro o siódmej wieczorem przyjadę po nią na balet.
„Beze mnie, Greysonie McCallum, nie byłbyś w stanie nawet romansować” – pomyślała. To ona  wysyłała kobietom szefa kwiaty i słodycze, ugłaskiwała je, gdy zapomniał o spotkaniach, łagodnie wypraszała je z biura, gdy nadchodziły, a on był zajęty…
-    Tak, proszę pana – potwierdziła, stawiając w notesie mały znaczek.
-    Zadzwoń jeszcze do mojego brata i powiedz mu, żeby odwołał swój lot do Paryża – dodał ponuro. – Niech się nie waży, powtarzam, niech się nie waży odwozić tej francuskiej dziwki do domu. Acha, i jeszcze jedno: zadzwoń do mojej matki i powiedz, że jeśli on nie posłucha, utnę mu głowę.
„Nieprzyjemna sprawa” – westchnęła, robiąc kolejną notkę. „Nickowi się to nie spodoba”. Był rzeczywiście zakochany w Colette i nie wątpiła, że postąpi tak, jak będzie uważał za stosowne, niezależnie od nerwowych pogróżek Greysona. Wiedziała też, że pani McCallum nie przestraszy się tej wiadomości – kochała młodszego syna do szaleństwa, a wybuchami starszego niezbyt się przejmowała. Przy nim nic nie mówiła, ale gdy tylko zniknął, narzekała na niego – narzekała i robiła swoje.
-    Nie pochwalasz tego, prawda? – spytał nagle.
Podskoczyła, zaskoczona pytaniem.
-    Dlaczego… ja…
-    Nie uśmiechaj się do mnie tak słodko – warknął. – I tak wiem, co myślisz, panno Summer. Ale nie potrzebuję twojej akceptacji, a jedynie współpracy.
„I ślepego posłuszeństwa, tak? – pomyślała, starając się ukryć buntownicze błyski w zielonych oczach.
-    On ma dwadzieścia pięć lat – przypomniała mu.
- Dwadzieścia pięć, tak? Więc jest dorosły i odpowiedzialny? To czemu zadaje się z taką kobietą? – Odchylił się do tyłu, podniósł ręce i palcami zaczesał grzywkę. Biała koszula napięła się na szerokiej piersi i rozchyliła zmysłowo, ukazując grube, czarne włosy porastające umięśnioną klatkę piersiową. – Do diabła,  panno Summer, nie znałaś chyba w życiu zbyt wielu mężczyzn, skoro uważasz mojego brata za odpowiedziałnego.
Ten wybuch agresywnej męskości zaniepokoił Abby i wzbudził jej nieufność. Szef nigdy się do niej nie zalecał poważnie, choć miała wrażenie, że czasem przychodziło mu to do głowy. Rozmyślnie robiła z siebie szarą myszkę. McCallum był typem mężczyzny, w którym żadna kobieta  przy zdrowych zmysłach nie ulokowałaby swych uczuć. Był zbyt arogancki, zbyt niezależny, i za bardzo lubił różnorodność. Jedyne, co mógł zaoferować, to krótki romans, a Abby wcale nie miała ochoty angażować się w taki związek. Pomimo krótkiego, nieszczęśliwego małżeństwa była nader skromna i opanowana, jak na kobietę w swoim wieku, co w nowoczesnym świecie sprawiało wrażenie anachroniczności. Raz sparzyła się boleśnie i teraz lękała się miłosnych uniesień.
-    Pytam cię: czy sądzisz, że Nick jest odpowiedzialny? -    powtórzył, wysuwając się do przodu i opierając łokcie na biurku. Przyglądał się jej błyszczącymi oczami spod obfitych brwi. – Co, u diabła, się z tobą dzisiaj dzieje?
Spojrzała najpierw na niego, a potem na swój notatnik. „No cóż – pomyślała – albo mu powiem,” albo będę musiała stąd uciec”.
-    W pańskim kalendarzu jest spotkanie, które nie ja zapisałam – odezwała się spokojnie, mając nadzieję, że wszystko wyjaśni się po jej myśli, i że niepotrzebnie się bała.
-    Na Boga, czy potrzebuję twojego pozwolenia na to, żeby się z kimś umówić? – spytał ze złym błyskiem w oku.
-    Och, nie, nie to miałam na myśli – odpowiedziała prędko. – Bezradnie rozłożyła ręce. – Chodzi o to… panie McCallum, czy pan Dalton… Ja wiem, że to nie moja sprawa, ale czy Robert Dalton pochodzi z Charlestonu?
Dziwny cień przebiegł przez jego twarz. Złowieszczo zmrużył oczy.
-    Tak, Bob Dalton pochodzi z Charlestonu. Czemu pytasz? Znasz go? Skąd?
Powinna się była domyśleć. Powinna była pociągnąć za język starego pana Dopplera, był tak roztargniony, że nawet nie spytałby, czemu ją to interesuje. Ale kiedy McCallum pytał, musiał uzyskać odpowiedź. Widziała to w jego napiętej twarzy, w jego śmiałym, niemal aroganckim wzroku.
-    Jest dziesięć po dziewiątej – przypomniała mu. – Klient czeka…
-    Może sobie poczekać, sędzia może przełożyć rozprawę, albo Jerry może mnie zastąpić. Jedno jest pewne: nie opuścisz tego biura, dopóki nie odpowiesz. – Z kieszeni koszuli wyjął papierosa i  zapalił go, przyciągając do siebie popielnicę. Odchylił się do tyłu. – No więc?
-    To nie pana…
-    Zatrudniłem cię – przypomniał. – Mimo że miałem zastrzeżenia. Jeśli sądzisz, że przekonuje mnie maska, jaką nosisz, to się mylisz. Jesteś dziś czymś wstrząśnięta, panno Summer, jeszcze cię takiej nie widziałem i, o ile się nie mylę, powodem jest Bob Dalton. Powiedz mi, Abby, bo zadzwonię do Daltona i jego spytam.
-    Czy on jest pana przyjacielem? – spytała cicho.
-    Poniekąd – przytaknął. Jego srebrne oczy zwęziły się. – Chodź tu, powiedz mi…
Dumnie uniosła twarz, starając się wszelkimi siłami powstrzymać drżenie dolnej wargi.
-    Jego żona nakryła nas w łóżku – rzekła pewnie, patrząc jak brwi unoszą się ze zdumienia. – Wyrzuciła mnie z pracy, wyjechałam z Charleston, bo nie mogłam tam wytrzymać…
Wpatrywał się w nią przez kilka sekund, aż spytał:
-    Kiedy?
-    Ponad rok temu – odparła głucho. – Byłam wtedy asystentką redaktora naczelnego popołudniówki.
Przez chwilę panowała cisza, aż nagle McCallum podniósł słuchawkę i wykręcił numer. Już po chwili rozmawiał ze swym młodszym kolegą, prosząc go, aby przejął sprawę. Szybko udzielił mu wskazówek.
-    Zbieraj się szybko i wychodź, masz tylko piętnaście minut! – rzucił słuchawkę.
Przez kilka sekund patrzył na nią w milczeniu, głęboko zaciągając się papierosem.
-    Byłaś w nim zakochana? – spytał.
Drgnęła.
-    Myślałam, że tak. Omal nie umarłam, kiedy jego żona otworzyła drzwi. Weszła, zbladła i zaczęła wykrzykiwać straszne świństwa – pod wpływem tego strasznego wspomnienia przymknęła oczy.
-    Co zrobił Dalton?
Pytanie zabolało, przywodząc jej na myśl ogrom poniżenia, jakie wtedy przeżyła.
-    Powiedział jej, że to ja go uwiodłam – odpowiedziała, uśmiechając się gorzko. – Jego żona miała pieniądze, gdyby się rozwiódł, straciłby wszystko, a ja nie byłam tego warta. Wyjechałam z Charlestonu, a on utrzymał swój stan posiadania.
-    Wiedziałaś, że jest żonaty? – spytał, a w jego oczach zalśnił dziwny błysk, którego nie mogła rozszyfrować.
-    Tak, wiedziałam – roześmiała się, ale był to śmiech bez wesołości. – Ale, o dziwo, nie sprawiało mi to różnicy. Za bardzo go kochałam, żeby zwracać na to uwagę. A on co chwilę wspominał, że jego małżeństwo jest nieudane i że chce się rozwieść. Chciałam mu wierzyć. Nie wiedziałam jeszcze, że to niebezpiecznie chcieć czegoś za bardzo.
-    Co czujesz do niego teraz? – spytał cicho.
Ich oczy spotkały się.
-    Nie wiem. Nie widziałam go od tamtej pory. I nie chcę go widzieć. Boję się tego – wyszeptała. Bała się, że to jeszcze nie minęło, że kiedy on się uśmiechnie i zacznie przepraszać, uwierzy mu, bo chce uwierzyć.
-    Odkąd wyjechałam z Charlestonu, nawet się z nikim nie umówiłam – ciągnęła.
-    Wiem – odpowiedział i było w jego głosie coś, co ją zakłopotało. – Nie powinnaś czuć się zmieszana, panno Summer, znam ludzi i umiem czytać w ich duszach. Od dnia, w którym weszłaś do mojego biura przywdziałaś pancerz i muszę przyznać, że bardzo mnie to zmyliło.
-    Nie chciałam się w nic wplątać, w żaden romans – powiedziała, pragnąc, żeby zrozumiał. Nagle stało się dla niej ważne, żeby on zrozumiał, że boi się Daltona, ale również, że nigdy nie oddała mu się do końca. Żona Roberta wtargnęła w samą porę. Ale wzrok McCalluma powędrował w stronę drzwi.
-    Wejdź, Jerry – odezwał się, zapraszając wysokiego, jasnowłosego mężczyznę do biura. – Proszę – podał mu dokumenty sprawy i pospiesznie poinstruował.
-    Nie ma sprawy, szefie – uśmiechnął się Jerry, mrugając porozumiewawczo do Abby. – Wiem wszystko  i dam im niezłą szkołę! Zamorduję!
-    Nie mam czasu, żeby zajmować się twoją obroną, więc lepiej tego nie rób – rzekł sucho McCallum.
-    W porządku. Cześć! – Jerry zerwał się z krzesła i i szybkim krokiem wyszedł z gabinetu.
Przenikliwy wzrok McCalluma znów spoczął na Abby.
-    Co chcesz zrobić? Nie mam czasu, żeby zatrudniać nową sekretarkę – rzekł groźnie. – Więc nie myśl o rezygnacji. Wprowadzenie świeżej dziewczyny to trzy tygodnie pracy: w dzień i w nocy, a ja nie mogę sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Nie jest  mi łatwo cię prosić…
-    Gdybyś nie był tak niecierpliwy – zaczęła.
-    Nie próbuj mnie przerabiać – przerwał gniewnie, – Jestem na to za stary. Nie potrzeba mi tu jakiejś  nastolatki, która dostanie ataku histerii, gdy się zdenerwuje, i nie zamierzam wziąć sobie uśmiechniętej głupawo starej panny. Dużo czasu minęło, zanim przestałaś płakać na kanapie w hallu, prawda?
Spojrzała na niego.
-    Tylko raz płakałam, ale wtedy rzucił pan we mnie książką!
-    Do diabła, zrobiłem to! – burknął, prostując się na krześle. – Ale w zasadzie nie rzuciłem jej, tylko wyślizgnęła mi się z ręki.
-    Ma pan okropny charakter, panie McCallum, i nie miałabym sumienia poświęcać jakiejś młodej dziewczyny, żeby mnie zastąpiła, ale nie mogę pozostać tu, jeśli pan i Robert Dalton zamierzacie razem pracować.
-    Ma być moim partnerem w interesach – odparł, potwierdzając jej najgorsze przeczucia. – Ale ty mnie nie opuścisz. Uspokój się, coś wymyślimy.
-    Co pan ma na myśli – schować mnie w toalecie, jak tylko Dalton przyjedzie do Atlanty? – spytała sarkastycznie.
Jedna z grubych brwi podniosła się, a w szarych oczach pojawiło się rozbawienie.
-    Uważaj, twoja maska spada.
-    Niech pan nie myśli, że łatwo ją przy panu utrzymać- odparła.
-    To po co się tak męczysz? – spytał niecierpliwie.
-    Bo Jan powiedziała, że potrzebuje pan kogoś sprawnego, chłodnego i odpornego psychicznie – odrzekła spokojnie.
Jeden kącik jego pięknie wykrojonych ust podniósł się, cała twarz wyrażała rosnące zainteresowanie.
-    No, no, no… Muszę przyznać, że jestem coraz bardziej ciekawy.
-    Czego? – wymamrotała.
-    Tego, jaka jesteś naprawdę. Czuję, że będę musiał się tego dowiedzieć.
-    Nie będzie pan miał czasu – zapewniła go, wstając z krzesła. – Jeżeli Bob Daiton przyjedzie o czwartej, ja wyjdę dokładnie o trzeciej. Już raz świat mi się przez niego zawalił, nie mam ochoty przeżyć tego znowu. Mam na oku ciekawsze zajęcia.
-    Na przykład dziennikarstwo? – spytał prowokująco.

Czytaj dalej…

 

Diana Palmer – Gorączka nocy Styczeń 21, 2009

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 4:36 pm
Tags: , , , , , , , , ,

Diana Palmer – Gorączka nocy

W windzie panował tłok. Rebeka Cullen próbowała tak balansować pudełkiem, w którym stały trzy plastykowe kubki napełnione kawą, aby nie wylać jej na podłogę. Być może, gdyby nauczyła się robić to naprawdę dobrze, mogłaby znaleźć pracę w cyrku i występować na arenie. Pokrywkom tych plastykowych kubków nie można było zaufać — jak zwykle zresztą. Człowiek, który pracował za ladą w tym małym sklepie na parterze, nie patrzył nigdy dwa razy na takie kobiety jak Rebeka. Poza tym, kogo mogło obchodzić, czy kawa wyleje się na szary, niemodny kostium kobiety o tak nijakim wyglądzie.
Pomyślała sobie, że na pewno wziął ją za jakąś bizneswoman, wściekłą babę, nienawidzącą mężczyzn. Taką, której kariera zawodowa zastępuje męża i dzieci. Taką, po której nazwisku występuje długi ciąg tytułów. Czyż nie byłby zaskoczony, widząc ją latem na farmie dziadka, bosą, ubraną w dżinsy z obciętymi nogawkami i wojskową kurtkę? Jej długie, kasztanowe włosy o złotawym połysku spływały z ramion aż do pasa. Ten kostium to zwykły kamuflaż.
Becky pochodziła ze wsi i była jedyną opiekunką swego dziadka – emeryta i dwóch młodszych braci. Matka zmarła, kiedy Becky miała szesnaście lat, a ojciec odwiedzał ich tylko wtedy, gdy potrzebował pieniędzy. Kilka lat temu wyniósł się do Alabamy i od tej pory nie mieli od niego żadnych wieści. Becky wcale się tym nie martwiła. Miała teraz dobrą pracę. Prawdę mówiąc, ostatnia przeprowadzka firmy prawniczej do Curry Station była jej bardzo na rękę, ponieważ nowe biuro, mieszczące się w kompleksie przemysłowym na przedmieściach Atlanty, znajdowało się niedaleko od farmy jej dziadka, gdzie wszyscy mieszkali. Był to jakby powrót w rodzinne strony, jako że jej rodzina mieszkała w hrabstwie Curry od ponad stu lat.
Nie skarżyła się na pracę, uważała jednak, że jej szefowie powinni już dawno kupić nowy dzbanek do parzenia kawy. Te wycieczki kilka razy dziennie do sklepiku stawały się bardzo męczące. W biurze pracowały oprócz niej trzy sekretarki, recepcjonista i jeszcze jakichś dwóch prawników. Wszyscy zajmowali ważniejsze stanowiska niż ona. To właśnie Becky musiała wykonywać czarną robotę. Idąc w kierunku windy, wykrzywiła twarz ze złości. Miała nadzieję, że nic złego nie przytrafi się jej w drodze na szóste piętro.
Jej orzechowe oczy szybko obrzuciły spojrzeniem cały korytarz. Odprężyła się, kiedy zorientowała się, że wysoki mężczyzna nie czeka na windę. To, że miał lodowate, czarne oczy, nie było wcale takie złe. Ani to, że prawdopodobnie nienawidził kobiet, a Becky w szczególności. Najgorsze  jednak, że palił te ohydne, cienkie, czarne cygara. Winda z takim pasażerem zamieniała się w piekło. Marzyła, by ktoś powiedział mu, że istnieje zarządzenie zabraniające palenia w miejscach publicznych. Sama chciała nawet to zrobić, zawsze jednak było dookoła mnóstwo ludzi, a Rebeka, mimo rogatej duszy, w tłumie stawała się dość nieśmiała. Pewnego dnia jednak nie będzie nikogo, tylko on i ona, i wtedy powie mu, co myśli o tych jego wyjątkowo śmierdzących cygarach.
Powędrowała myślami daleko stąd i czekała, aż winda zjedzie na dół. Przypomniała sobie, że ma gorsze problemy niż ten mężczyzna od cuchnących cygar. Dziadek ciągle jeszcze nie doszedł do siebie po ataku serca. Choroba zaczęła się nagle dwa miesiące temu i przerwała jego pracę na farmie. Becky było bardzo ciężko. Dopóki nie nauczy się jeździć traktorem i siać zboża, pracując jednocześnie sześć dni w tygodniu jako sekretarka prawnika, farma dziadka zmierzać będzie do ruiny. Starszy z jej braci był w ostatniej klasie szkoły średniej, ciągle miał jakieś kłopoty i wcale nie pomagał w domu. Mack był w piątej klasie i zawalił matematykę. Rwał się, co prawda, do pomocy, ale był jeszcze na to za mały. Becky ukończyła dwadzieścia cztery lata i do tej pory nie miała żadnego prywatnego życia. Skończyła szkołę, gdy akurat zmarła matka, a ojciec wyjechał w nieznane.
Becky zastanawiała się, jak mogłoby wyglądać jej życie. Mogłaby przecież chodzić na przyjęcia i umawiać się na randki, mieć piękne stroje. Uśmiechnęła się do siebie na samą myśl o tym, że nie musiałaby się nikim opiekować.
—    Przepraszam — zamruczała kobieta z aktówką.
Potrąciła mocno Becky i omal nie wylała na nią całej kawy.
Dziewczyna powróciła ze swych marzeń do rzeczywistości w samą porę, aby dostać się do windy, pełnej ludzi jadących z garażu w piwnicy. Udało się jej wcisnąć pomiędzy mocno wyperfumowaną kobietę a dwóch mężczyzn zawzięcie dyskutujących o zaletach komputerów dwóch rywalizujących ze sobą firm komputerowych. Doznała wielkiej ulgi, kiedy prawie wszyscy, nie wyłączając tej wypachnionej damy, wysiedli na trzecim i czwartym piętrze.
—    O, Boże, jak ja nienawidzę komputerów — westchnęła Becky głośno, kiedy winda zaczęła powoli wspinać się na szóste piętro.
—    Ja też ich nie cierpię — doszedł ją z tyłu niski, niezadowolony głos.
Omal nie wylała kawy, obracając się, żeby zobaczyć, kto to powiedział. Myślała, że jest w windzie sama. Nie rozumiała, jak mogła nie zauważyć tego mężczyzny. Była kobietą trochę więcej niż średniego wzrostu, ale on musiał mieć co najmniej metr osiemdziesiąt. Nie wzrost jednak był tutaj najważniejszy, ale budowa ciała. Był to muskularny mężczyzna, zbudowany tak, że mógł mu tego pozazdrościć każdy atleta. Miał szczupłe, piękne ręce o ciemnym odcieniu skóry i duże stopy. Kiedy nie cuchnął dymem tytoniowym, pachniał najbardziej seksowną wodą kolońską, jaką Becky kiedykolwiek zdarzyło się poczuć. Cała jego męska uroda kończyła się jednak na twarzy. Dziewczyna nie przypominała sobie, aby gdzieś już widziała tak gburowato wyglądającego człowieka.
W jego twarzy uderzały ostre rysy i zawziętość. Miał grube, czarne brwi i głęboko osadzone, wąskie, czarne oczy o szczególnie przenikliwym i ostrym spojrzeniu oraz prosty, elegancki nos. Niezbyt ostra broda wyraźnie rzucała się w oczy. Na długiej i szczupłej twarzy odznaczały się kości policzkowe. Miał naturalnie ciemną cerę, która bynajmniej nie powstawała od wystawiania skóry na działanie słońca. Dziewczyna nie pamiętała, aby jego szerokie i dobrze ukształtowane usta kiedykolwiek się uśmiechały. Przekroczył już trzydzieści pięć lat i na jego ciemnej twarzy zaczęły pojawiać się zmarszczki. Z jego zachowania przebijał pewien porażający ją chłód. Głos wydawał się jego największą zaletą — głęboki i czysty, bardzo dźwięczny, taki, który w zależności od nastroju może pieścić lub ranić. Rozchodził się z łatwością.
Mężczyzna miał na sobie porządne ubranie, bez wątpienia kosztowny, ciemnoszary garnitur w drobne prążki, białą bawełnianą koszulę i jedwabny krawat w duże, kolorowe wzory. Becky pomyślała sobie, że do tej pory unikała go.
—    O, to pan — powiedziała z rezygnacją w głosie. Poprawiła w pudełeczku plastykowe kubki z kawą. — Czy pan przypadkiem nie jest właścicielem tej windy? — spytała. — To znaczy, zawsze, kiedy do niej wsiadam, jest już pan w środku. I zawsze pan narzeka i marudzi. Czy pan się nigdy nie uśmiecha?
—    Kiedy znajdę coś, co sprawi, że się uśmiechnę, będzie pani pierwszą osobą, która to zauważy — odparł pochylając głowę, aby zapalić ostro pachnące cygaro. Miał najgrubsze i najbardziej proste włosy, jakie kiedykolwiek widziała. Wzięłaby go za Włocha, gdyby nie te kości policzkowe i kształt twarzy.
—    Nienawidzę dymu z cygar — zauważyła, chcąc przerwać ciszę.
—    A więc niech pani nie oddycha, dopóki nie otworzą się drzwi — odparł z lekceważeniem w głosie.
—    Jest pan najbardziej gburowatym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam! — wykrzyknęła. Odwróciła się z furią i spojrzała na tablicę, wskazującą, na którym piętrze znajduje się winda.
—    Bo nie spotkała pani mnie — stwierdził mężczyzna.
—    Miałam bardzo dużo szczęścia.
Z tyłu doszedł ją stłumiony głos.
—    Pani pracuje w tym budynku?
—    Nie pracuję tutaj zawodowo. — Rzuciła mu przez ramię jadowity uśmiech. — Jestem utrzymanką jednego z prawników z firmy Malcolm, Randers, Tyler and Hague.
Ciemne oczy mężczyzny uważnie przesunęły się po jej figurze, ubranej w bardzo przeciętny kostium, zatrzymały się na bucikach na niskim obcasie i powędrowały do góry. Spojrzał jej w twarz, na której nie było dzisiaj śladu makijażu. Miała miłe, orzechowe oczy, doskonale pasujące do jej śniadej twarzy, szerokich policzków, pełnych ust i prostego nosa. Mężczyzna domyślał się, że na pewno wyglądałaby o wiele atrakcyjniej, gdyby tylko zadała sobie trochę trudu.
—    On chyba niedowidzi — odezwał się w końcu.
Oczy Becky błysnęły i zwęziły się, a jej dłonie mocniej chwyciły tacę. Starała się zapanować nad sobą. Och, jaka by to była radość oblać go gorącą, parującą kawą. Mogłaby nawet za to odpokutować. Ale to mogło mieć okropne konsekwencje. Bardzo potrzebowała tej pracy, a na dodatek on mógł znać jej szefów.
—    Nie jest wcale ślepy. — Odwróciła się w jego stronę, odpowiadając z lekką pychą w głosie. — Nadrabiam brak atrakcyjnego wyglądu fantastyczną techniką w łóżku. Najpierw smaruję go miodem — powiedziała konspiracyjnym szeptem i lekko pochyliła się do przodu — a potem stosuję  specjalnie tresowane mrówki…
Mężczyzna podniósł do ust cygaro i zaciągnął się, wydmuchując po chwili gęstą chmurę dymu.
—    Mam nadzieję, że zdejmuje mu pani najpierw ubranie — powiedział. — Bardzo trudno jest zmyć miód z materiału. To już moje piętro.
Rebeka cofnęła się, aby go przepuścić, i przyglądała mu się uważnie. To nie było ich pierwsze spotkanie. Ten człowiek robił okropne uwagi i szydził z niej od pierwszego dnia jej pracy w tym budynku. Miała go już serdecznie dosyć — kimkolwiek był.
—    Życzę panu miłego dnia — wycedziła słodkim głosem.
—    Dzień był całkiem dobry do chwili, kiedy spotkałem panią — mówiąc to, nawet się nie odwrócił.
—    Dlaczego nie wsadzi pan sobie tego cygara w …?!
Drzwi zamknęły się w chwili, kiedy wypowiadała ostatnie słowo. Winda zabrała ją na czternaste piętro.
Rebeka z westchnieniem spostrzegła jego numer. On rujnuje jej życie! Dlaczego musi pracować właśnie w tym budynku? Dlaczego nie zgubił się gdzieś w tej Atlancie?
Winda pojechała na dół i tym razem zatrzymała się na szóstym piętrze. Ciągle jeszcze kipiąca złością, szła do gabinetu swoich szefów. Przechodząc popatrzyła na Maggie i Jessikę, dwie pozostałe sekretarki, pracujące ciężko w drugiej części pokoju. Becky miała swoje schronienie tuż obok gabinetu Boba Malcolma, najmłodszego współwłaściciela firmy i jednocześnie swego głównego szefa.
Weszła bez pukania do dużego pokoju. Bob i jego dwaj współpracownicy, Harley i Jarrard, zniecierpliwieni czekali na kawę. Bob rozmawiał z kimś przez telefon.
—    Połóż to gdzieś, Becky, dziękuję ci — powiedział szorstko, dłonią zakrywając słuchawkę telefonu. Spojrzał na jednego z kolegów. — Kilpatrick właśnie wszedł. Jak tam z czasem?
Becky podała milcząco kawę i usłyszała jakieś niewyraźne „dziękuję” od Harleya i Jarrarda. Bob zaczął znowu rozmawiać przez telefon.
—    Słuchaj, Kilpatrick, pragnę jedynie konferencji. Mam nowe dowody i chcę, żebyś je zobaczył. — Szef uderzał pięścią o biurko, a jego smagła twarz poczerwieniała. — Do diabła, człowieku, czy ty musisz być tak mało elastyczny? — westchnął gniewnie. — Dobrze, dobrze. Będę za pięć minut. — Rzucił słuchawkę na widełki. — Mój Boże, modlę się, by on nie ubiegał się o ponowny wybór. Dopiero drugi tydzień z nim pracuję, a już mam tego dosyć! Dlaczego nie mogę pracować z Danem Wade’em!
Dan Wade był prokuratorem Atlanty. Becky wiedziała, że jest bardzo miłym człowiekiem, ale tutaj, w hrabstwie Curry, prokuratorem okręgowym był Rourke Kilpatnck. Być może — pomyślała sobie —jej szef po prostu źle ułożył sobie z nim stosunki. Byłby prawdopodobnie równie miły przy pierwszym spotkaniu jak Dan Wade.
Chciała powiedzieć to panu Malcolmowi, kiedy wtrącił się Harley.
—    Czy możemy go winić? — spytał. — Miał w czasie ostatniego miesiąca więcej pogróżek w związku z tą wojną o narkotyki niż jakikolwiek prezydent. To twardy facet i nie
ugnie się. Miałem już tutaj parę spraw i doskonale wiem, jaką Kilpatrick ma opinię. Jego nie można kupić. To chodzący kodeks.
Bob usiadł na miękkim, obitym skórą krześle.
—    Przechodzą mnie zimne dreszcze, kiedy przypomnę sobie, jak Kilpatrick załatwił na sali mojego świadka. Kiedy skończyła zeznawać, musieli jej dać środki uspokajające.
—    Czy pan Kilpatrick jest aż taki zły? — spytała Becky z cichą ciekawością w głosie.
—    Tak — odparł jej szef. — Nigdy go nie spotkałaś, prawda? Pracuje teraz w tym  budynku, ponieważ odnawiają jego biuro. To właśnie ten remont całego sądu, który przegłosowała komisja hrabstwa. Dla nas jest o wiele wygodniej iść piętro wyżej niż jechać do budynku sądu. Oczywiście Kilpatricka doprowadza to do wściekłości.
—    Kilpatrick nienawidzi wszystkiego, ludzi też — wyszczerzył zęby Hague. — Ludzie mówią, że podły charakter to sprawa dziedziczna. On jest półkrwi Indianinem, a ściśle mówiąc — Czirokezem. Jego matka przyjechała tutaj, aby po śmierci ojca Kilpatricka mieszkać z jego współplemieńcami. Wkrótce jednak zmarła i Kilpatrick znalazł się pod opieką swego wuja, który był głową jednej z rodzin, które założyły Curry Station. I to on dosłownie zmusił lokalną społeczność, żeby przyjęła Kilpatricka. Był przecież federalnym sędzią — dodał, uśmiechając się. — Myślę, że to właśnie u niego nauczył się tej swojej miłości do prawa. Wuja Kilpatricka też nie można było kupić.
—    Cóż, mimo wszystko przejdę się na górę i zaofiaruję mu swoją duszę w imieniu mojego podejrzanego klienta — stwierdził Bob Malcolm. — Harley, bądź tak dobry i przygotuj sprawozdanie na rozprawę Bronsona. Jarrard, Tyler siedzi teraz w biurze nad tą sprawą o nieruchomość, którą
się zajmujesz.
—    Dobrze, zajmę się tym — rzekł z uśmiechem Harley. — Mógłbyś wysłać Becky, by rozpracowała Kilpatricka. Być może jej udałoby się go zmiękczyć.
Malcolm zaśmiał się delikatnie.
—    Zjadłby ją na śniadanie — odparł i zwrócił się do Becky. — Możesz pomóc Maggie, kiedy mnie nie będzie. Trzeba nadgonić te kartoteki.
—    OK — odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem. — Powodzenia.
Bob gwizdnął i odwzajemnił uśmiech.
—    Będzie mi bardzo potrzebne.
Becky popatrzyła za nim i westchnęła zadumana. Był taki troskliwy, mimo iż czasem miał charakter barrakudy.
Maggie pokazała jej z pobłażliwym uśmiechem dokumenty, którymi powinna się zająć. Drobna, chuda, czarna kobieta pracowała w tej firmie od dwudziestu lat i doskonale o wszystkim wiedziała. Becky czasami zastanawiała się, czy to dlatego jej pozycja w firmie jest tak bezpieczna. Miała
przecież niezwykle ostry język — potrafiła być równie nieprzyjemna dla klientów, jak i dla nowych sekretarek. Na szczęście stosunki Becky z Maggie układały się całkiem dobrze. Od czasu do czasu jadły nawet razem lunch. Maggie była jedyną osobą, z wyjątkiem dziadka, z którą Becky mogła porozmawiać.
Jessica, elegancka blondynka z drugiej strony biura, pracowała jako sekretarka panów Randersa i Hague’a. Ponadto bardzo odpowiadała jej pozycja towarzyszki Hague’a po pracy — on był samotny i nie zanosiło się na to, by się ożenił, a ona strasznie lubiła się stroić. Tess Coleman była jedną z praktykantek w firmie; młoda blondynka o przyjaznym uśmiechu, która niedawno wyszła za mąż. Nettie Hayes, czarna studentka, to następna praktykantka. W recepcji pracowała Connie Blair, żywa, energiczna brunetka. Była niezamężna i nie zamierzała w najbliższym czasie zmieniać stanu cywilnego. Becky miała całkiem dobre układy ze wszystkimi pracownikami, ale mimo to najbardziej lubiła Maggie.
—    Nawiasem mówiąc, szefowie zamierzają kupić nowy czajnik do parzenia kawy — napomknęła Maggie, kiedy Becky zajęła się układaniem dokumentów. — Jutro pójdę go kupić.
—    Ja mogę iść — zaofiarowała się Becky.
—    Nie, kochanie, ja to zrobię — odparła z uśmiechem Maggie. — Chcę przy okazji wybrać prezent dla mojej szwagierki. Ona spodziewa się dziecka.
Becky również uśmiechnęła się, ale tak jakoś bez entuzjazmu. Tuż obok niej toczyło się i mijało życie, a ona jeszcze nigdy nie przeżyła prawdziwej randki. Nie mogła przecież
traktować jako randek wizyt w klubie tanecznym weteranów wojennych, na które chodziła z wnukiem przyjaciela swego dziadka. Te wieczorki zawsze były wielkim niewypałem. Chłopak palił marihuanę, chciał się kochać i nie rozumiał, dlaczego ona nie chce tego z nim robić.
Cały świat dookoła biura uważał, że Becky jest staroświecką dziewczyną. W tej zamkniętej społeczności kawalerowie do wzięcia stanowili dużą rzadkość, a ci, których można było brać pod uwagę, wcale nie przejawiali chęci do szybkiej żeniaczki. Becky miała nadzieję, że po tym, jak firma przeniosła się do Curry Station, znajdzie więcej okazji do bardziej ożywionego życia towarzyskiego. Jak na przedmieście, była tam chociaż małomiasteczkowa atmosfera, ale gdyby nawet znalazła kogoś, z kim mogłaby umówić się na randkę, czyż mogła pozwolić sobie, by traktować to poważnie? Nie mogła zostawić dziadka samego. A kto opiekowałby się Clayem i Mackiem?
Sen na jawie — pomyślała sobie. Poświęcała się dla rodziny i nie było żadnego innego wyjścia.  Jej  ojciec wiedział o tym, ale niewiele go to obchodziło. Trudno jej było się z tym pogodzić — wiedział przecież, jak bardzo jest zapracowana, i nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Że też tak mógł wyjechać sobie na całe dwa lata i ani nie zadzwonił, ani nie napisał, by dowiedzieć się, jak żyją jego dzieci.
—    Pominęłaś dwa dokumenty, Becky — zauważyła Maggie, przerywając jej rozmyślania. — Nie bądź taka nieuważna — dodała z tkliwym uśmiechem.
—    Dobrze, Maggie — odpowiedziała cicho Becky i skoncentrowała się na pracy.
Późnym popołudniem wracała do domu swoim białym thunderbirdem. Był to jeden ze starszych modeli, o dużych, głębokich fotelach i małej karoserii, ze składanym dachem, ale mimo to nigdy przedtem nie jeździła bardziej eleganckim pojazdem. Miał welurowe siedzenia w kolorze burgunda i elektrycznie otwierane okna. Kochała to auto, opłaty z nim związane i w ogóle wszystko.
Musiała jechać do miasta, żeby zabrać akta od jakiegoś adwokata. Zostały tam jeszcze sprzed przeprowadzki firmy do nowego biura. Becky nienawidziła centrum Atlanty i cieszyła się, że już tam nie pracuje. Dzisiaj wszystko wydawało się jeszcze bardziej gorączkowe niż zazwyczaj. Znalazła jakieś wolne miejsce na parkingu, zabrała dokumenty i pospiesznie wyjechała z miasta. Chciała uniknąć godzin szczytu.
Na Dziesiątej Ulicy panował straszny ruch. Na Omni było jeszcze gorzej, ale koło szpitala Grady stał się nieco mniejszy. Kiedy przejeżdżała koło stadionu i minęła zjazd do międzynarodowego lotniska Hartsfield, mogła się znowu odprężyć.
Po dwudziestu minutach jazdy wjechała do hrabstwa Curry i w pięć minut później dojeżdżała do Curry Station. Pozostało jej kilkanaście minut drogi do potężnego kompleksu biurowego na przedmieściu, gdzie znajdowała się siedziba firmy jej szefów.
Curry Station niewiele zmieniło się od czasów wojny secesyjnej. Miejscowego placu strzegł obowiązkowo żołnierz Konfederacji z muszkietem, a naokoło stały ławki, na których siadywali starsi mężczyźni w słoneczne sobotnie popołudnia. Była tam też drogeria, sklep z artykułami
paczkowanymi, sklep spożywczy i świeżo wyremontowane kino.

Czytaj dalej…

 

Courths Mahler Jadwiga – Łabędzi Śpiew Styczeń 11, 2009

Courths Mahler Jadwiga – Łabędzi Śpiew

—    Panienka będzie łaskawa pójść do pani.
Flawia Janotta podniosła się natychmiast i spojrzała z niepokojem na służącego.
—    Czy obudziła się?
—    Tak, panienko.
—    A jak się czuje?
Na twarzy służącego pojawił się zatroskany wyraz.
—    Mam wrażenie, że bardzo źle. Siostra i lekarz są bardzo
zaniepokojeni.
To mówiąc, służący otworzył drzwi i przepuścił Flawię. Towarzyszył jej przez długi korytarz, na sam koniec pięknej, podobnej do pałacu willi. Okna tego korytarza wychodziły na szeroką halę, wspartą na kolumnach, skąd miało się widok na przepiękną górską panoramę. Gigantyczne szczyty gór piętrzyły się na tle ciemnobłękitnego nieba. Przedwiosenne powietrze było tak czyste, iż zdawało się, że można dojrzeć oddzielnie każdą szczelinę w skałach.
Piękna willa należała do wielkiego przemysłowca Herberta Ritt-berga i wznosiła się na połowie wysokości góry porośniętej lasem; ze wszystkich okien tej budowli miało się nieopisanie piękny widok na góry.
Flawia Janotta ogarnęła wzrokiem malowniczy krajobraz. Dzięki zaokrąglonym łukowym oknom w wielkim holu zdawało się, że obraz jest oprawiony w ramy. Dalej na górze stały ukryte w lesie zabudowa¬nia gospodarskie, leśniczówka i wiejskie chaty. Wszystko to należało do posiadłości zmarłego przed rokiem Herberta Rittberga, jednego z owych „książąt” przemysłu, których majątek jest niemal legendarny.
A wszystkie te bogactwa zdobył sam, dzięki swej niezwykłej pracowitości, genialnym zdolnościom i niesłychanej energii. A jednak człowiek ten, któremu zazdrościło wielu ludzi — nie był szczęśliwy.
Flawia była jego jedyną krewną, poza żoną i synem-jedynakiem. Była ona córką jednej z jego kuzynek, którą zawsze bardzo lubił, a która wyszła za mąż za znakomitego skrzypka-wirtuoza. Wskutek nieszczęś-liwego wypadku złamał on prawą rękę i to tak niefortunnie, że pozostała na zawsze bezwładna. Nie mógł już nadal uprawiać swej sztuki, stał się zgorzkniałym człowiekiem i wkrótce potem umarł. Wdowa wraz z córeczką zostały w bardzo złych warunkach. Wkrótce potem umarła także matka Flawii, ona zaś znalazła schronienie w domu swego wuja, który się nią czule zaopiekował. W tym bogatym i pięknym domu, gdzie wszystko tchnęło zbytkiem i przepychem, Flawia powinna była się czuć bardzo dobrze. Odgadła jednak wkrótce już z wrodzoną sobie subtel-nością, że w domu jej wuja nie było szczęścia. Wuj i jego małżonka żyli obok siebie jak dwoje obcych ludzi. Nie robili sobie nawzajem przykrości, lecz nie okazywali sobie również przywiązania. Obcowali ze sobą chłodno i uprzejmie. Między tą dziwną parą małżeńską stał ich syn Jan Rittberg, który zmartwiony, lecz zupełnie bezradny, patrzył na ten dziwny stosunek rodziców.
Flawia Janotta spędziła rok w domu Rittbergów, gdy umarł jej wuj. Od chwili jego zgonu upłynął znowu rok, a teraz ciotka już od kilku tygodni leżała na łożu boleści. Z początku zdawało się, że to tylko lekkie przeziębienie, było to jednak coś innego. Po śmierci męża w Eleonorze Rittberg wygasła chęć do życia. Traciła siły, stan jej pogorszył się nagle bardzo poważnie. Zwołani lekarze byli bardzo zaniepokojeni, a lekarz domowy uważał za stosowne wezwać Jana Rittberga. Nastąpiło to tego ranka. Zatelefonowano do niego, on zaś oznajmił, że przybędzie natychmiast.
Pracował ostatnio w wielkim przedsiębiorstwie, założonym przez ojca. Zostało ono przekształcone na towarzystwo akcyjne. Dziadek jego był prostym czeladnikiem ślusarskim, który dorobił się własnego warsztatu. Herbert Rittberg odziedziczył po ojcu małą fabryczkę, która rozwinęła się i stała wielkim przedsiębiorstwem. Tysiące robotników miało dzięki niej pracę i zapewniony byt.
Jan, jedyny syn Herberta Rittberga, odziedziczył po ojcu duże zdolności i pracowitość. Dzielny i energiczny młodzieniec wstąpił w ślady swego ojca, po jego śmierci zaś objął kierownicze stanowisko w przedsiębiorstwie.
Fabryka znajdowała się w pobliżu Monachium. W zimie cała rodzina mieszkała w mieście, na wiosnę zaś przenosiła sie do pięknej willi w górach.
Jan Rittberg przebywał ostatnio w Monachium, ponieważ musiał codziennie bywać w fabryce. Matka jego jednak od śmierci męża pozostała w willi. Tutaj zmarł jej mąż, tutaj — stosownie do jego życzenia — stało w parku mauzoleum, a w nim urna z jego popiołami.
Przed tym mauzoleum Eleonora Rittberg przesiadywała codziennie całymi godzinami, bez względu na pogodę. Zapewne wskutek tego zaziębiła się i wpadła w ciężką chorobę.
Flawia z prawdziwym zaparciem pielęgnowała ciotkę i nie chciała słyszeć o tym, by Jan przysłał z miasta pielęgniarkę. On jednak uparł się, twierdził bowiem, że nie chce, aby i kuzynka zachorowała z prze-męczenia.
Flawia przed godziną wyszła z pokoju ciotki, gdzie została pielęg¬niarka. Poleciła, by zawołano ją natychmiast, gdy ciotka się obudzi. Flawia w ciągu tego czasu odpoczęła trochę i czuła się teraz silna i rześka. Kochała i szanowała ona swoją ciotkę, choć nie potrafiła się do niej zbliżyć. Z wysokiej dumnej postaci kobiecej w czarnych wdowich szatach tchnął jakby zimny powiew, który tłumił w zarodku każdy objaw poufałości. Pani Eleonora była wobec wszystkich wyniosła i niedostępna. Nie była też nigdy inna w stosunku do męża i syna. Na pozór okazywała im chłód i obojętność. A jednak niewymownie kochała swego męża. Między małżonkami była jakby jakaś tajemnica, która uniemożliwiała tkliwe współżycie.
Herbert Rittberg poślubił swoją żonę z rozsądku. Jej wielki majątek był mu potrzebny do powiększenia przedsiębiorstwa. Uważał także, iż piękna i dumna Eleonora będzie godnie reprezentowała jego dom. Nie kochał jej nigdy. Sądził zawsze, iż miłość nigdy nie odegra roli w jego życiu, nie chciał w każdym razie ulec jej potędze. Omylił się jednak.

Czytaj dalej…

 

Broadrick Annette – Zaloty po teksasku Styczeń 11, 2009

Broadrick Annette – Zaloty po teksasku

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Jaskrawe, oślepiające światła pojawiły się tuż przed nimi niespodziewanie, zupełnie nie wiadomo skąd. Cameron szarpnął kierownicą, próbując ominąć jadący prosto na niego samochód. Dobiegł go jeszcze przeraźliwy krzyk siedzącej obok żony i poczuł oblewający go zimny pot. Jeszcze mocniej zacisnął palce obejmujące kierownicę. Serce mu waliło, nie mógł zapanować nad drżeniem całego ciała. W ustach miał jakiś metaliczny posmak.
Nadludzkim wysiłkiem starał się zachować panowanie nad pojazdem, za wszelką cenę usiłował zapobiec zderzeniu. Przez moment pożałował, że nie wziął ich wygodnej limuzyny zamiast tego niewielkiego sportowego wozu,
Potężny samochód pędził prosto na nich, przybliżał się z nieubłaganą szybkością. Jeszcze sekundy i Cameron poczuł silne uderzenie. Już nic nie mógł zrobić. Auto zaczęło obracać się wokół osi, przekoziołkowało na dach…
Szarpnął się gwałtownie i usiadł, wyrwany ze snu własnym rozpaczliwym krzykiem. Ukrył twarz w dłoniach. Był zlany potem, cały się trząsł. Serce dudniło mu w piersi jak oszalałe. Drżącą ręką przeciągnął po włosach, dotknął czoła. Musi się obudzić, otrząsnąć z tego koszmaru, wrócić do rzeczywistości.
O Boże! Czy to się nigdy nie skończy? Od tamtej nocy, kiedy stracił żonę, minęły już cztery lata. Czy wspomnienie wypadku nie przestanie go prześladować?
Odrzucił kołdrę, wstał. Nie zapalając lampy sięgnął po papierosa. Podszedł do okna i zapatrzył się w szalejącą za oknem wiosenną burzę.
Może to odgłos grzmotów i błysk piorunów sprawiły, że znów odżyły chwile, o których tak bardzo chciał zapomnieć? Zaciągnął się, dym wypełnił mu płuca. Ten nałóg powoli go zabijał, wiedział o tym, ale było mu wszystko jedno.
Krople deszczu gwałtownie uderzyły o szybę. Z rezygnacją pokręcił głową. Jeszcze parę dni takiego deszczu i całe ranczo spłynie z wodą.
W nocy, kiedy jechał tutaj z San Antonio, słyszał nadawane przez radio ostrzeżenia o zagrożeniu powodziowym, zwłaszcza na niżej położonych terenach. Przez cały ubiegły tydzień gazety prześcigały się w informacjach o niespodziewanych powodziach i szkodach wyrządzonych przez porywiste wiatry i ulewy. Wystarczyło, że zjechał z autostrady na prywatną drogę prowadzącą na ranczo, by na własne oczy przekonać się, że ostrzeżenia nie były bezpodstawne. Wzburzona woda przelewała się przez dwa przerzucone nad strumieniem mostki. Przez ten drugi ledwie udało mu się przejechać.
Z biura wyszedł dopiero po północy. Początkowo zamierzał przenocować w swoim apartamencie w mieście, ale był zbyt zmęczony i spięty, by zasnąć. Postanowił pojechać na ranczo. Przez półtorej godziny jazdy powinien się rozluźnić i dojść do siebie. Nie przypuszczał, że ta pogoda się utrzyma.
Od trzech tygodni nie mógł się wyrwać na ranczo. Na samą myśl o tym czuł się winny. Od tak dawna nie widział swojej córeczki Trishy. Z pewnością tyle dni bez ojca było ciężką próbą dla pięcioletniego dziecka. Zwłaszcza że miała tylko jego.
Zdusił papierosa i przeciągnął ręką po twarzy. Właściwie nie powinien sobie niczego wyrzucać. Trisha była pod opieką ciotki Letty, a pracujące na ranczu Angie i Rosie stale się nią zajmowały. Jednak w głębi duszy wiedział, że to było za mało. Codziennie rozmawiał z nią przez telefon i Trisha niezmiennie wypytywała, kiedy do niej przyjedzie. Obiecał, że bez względu na wszystko spotkają się w ten weekend.
Zawsze dotrzymywał danego słowa. I przyjechał, nie bacząc na zmęczenie i nawał czekającej na niego pracy.
Kochał córeczkę z całego serca. Tylko ona pozostała mu po Andrei. Była do niej tak podobna, że stale mu ją przypominała.
Tamtego feralnego wieczoru jechali na ranczo, by odebrać Trishę pozostawioną pod opieką ciotki. Wyszli wcześniej ze służbowego przyjęcia, tłumacząc się, że muszą pojechać po dziecko. Andrea była taka szczęśliwa.
Ile jeszcze razy będzie zadręczać się przypominaniem sobie tamtej nocy, roztrząsaniem najdrobniejszych szczegółów? Gdyby poczekali do rana… Gdyby wcześniej zobaczyli jadący na nich samochód… Gdyby inaczej się wtedy zachował! Andrea by żyła, byliby razem.
Cody, jego młodszy brat, próbował znaleźć jakiś związek między tym zdarzeniem a wypadkiem, w którym piętnaście lat wcześniej zginęli ich rodzice. Wtedy też ktoś ich uderzył i zbiegł. Ale Cameronowi nie zależało na znalezieniu sprawcy. Nic już nie przywróci życia Andrei. Nic.
Praca stała się jego ucieczką. Zagłębił się w niej bez reszty. Stał się doradcą i zaufanym człowiekiem swojego starszego brata Cole’a, który zarządzał wszystkimi firmami należącymi do rodziny Callawayów. Działali w wielu branżach: poczynając od rynku nieruchomości, przemysłu wydobywczego i przetwórstwa ropy, na hodowli bydła kończąc. Cameron skończył prawo i finanse i jego wykształcenie było bardzo pomocne.
Przeszedł przez pogrążoną w mroku sypialnię i wszedł do połączonej z nią łazienki. Dopiero teraz zapalił światło. Oślepiło go. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze i z niechęcią potrząsnął głową. Jego niebieskie, opuchnięte teraz oczy miały czerwoną obwódkę. Przeciągnął dłonią po ciemnym od zarostu policzku. Miał trzydzieści cztery lata, a wyglądał na dziesięć więcej. Czuł się, jakby miał sześćdziesiąt. Brązowe zmierzwione włosy prosiły się o fryzjera.
Nalał wody do szklanki, wypił i zgasił światło. Wrócił do łóżka.
Położył się koło drugiej, a teraz dochodziła piąta. Był wykończony, ale kłębiące się w głowie myśli nie dawały mu usnąć.
Nie mógł oderwać się od prowadzonej ostatnio sprawy. Miał nadzieję, że zakończy się w poniedziałek, ale sędzia zarządził tydzień przerwy. Czuł się zniechęcony. Chciał z tym skończyć i wziąć się wreszcie do czegoś nowego. Przygotowania do sprawy zabrały mu pół roku. Chciał ją wygrać. Obaj z Cole’em postanowili udowodnić bezpodstawność oskarżenia, iż zajmują mniejsze firmy. Właściwie już niemal wygrali.
Ich rozrastające się imperium było solą w oku wielu ludzi w Teksasie. Dwadzieścia lat temu odziedziczyli wszystko po swoich przedwcześnie zmarłych rodzicach. Od ponad siedemdziesięciu lat rodzina Callawayów pracowała na swoją potęgę. Każde pokolenie dokładało do tego swój udział. Bracia pozostawili Cole’owi wolną rękę. Miał głowę do interesów. Bezbłędnie potrafił przewidzieć najbardziej opłacalne ruchy, zaangażować się w najbardziej dochodowe przedsięwzięcia. Zatrudniał doskonałych, godnych zaufania fachowców.
Cameron w zupełności zadowalał się rolą konsultanta i doradcy. Odpowiadał mu taki układ. Nie ciągnęło go, by sprawdzić się w innym działaniu. Nawet nie zamierzał próbować.
Zmusił się, by przestać o tym myśleć, i spróbował się rozluźnić. Te ciągłe stresy nie ułatwiały mu życia, wiedział o tym, ale robił wszystko, by nie mieć wolnej chwili. Zostawały mu tylko nocne godziny, kiedy rozpamiętywał przeszłość i płakał za tym, co utracił.
Powoli uspokoił się, dotychczasowe napięcie nieco ustąpiło. Jeszcze chwila i zapadł w sen.
Skądś z oddali dochodził jakiś slaby, lecz uporczywy dźwięk. Wiedział, że powinien na niego zareagować, ale nie miał siły się poruszyć. Nie chciał wynurzać się z błogiego, wolnego od uczuć i myśli snu, ale ten dźwięk nie ustawał. Ktoś go nawoływał…
- Tata, śpisz? Tata, obudź się. Koło stajni zrobiło się jezioro. Chodź, pokażę ci. Tata?
Powoli, z ociąganiem, powracał do rzeczywistości. Małe rączki uderzały go po twarzy.
- Tata, obudź się! – cicho prosiła Trisha.
Z trudem otworzył zapuchnięte powieki. Zamrugał oślepiony dziennym światłem. Zobaczył utkwione w siebie wielkie piwne oczy. Dziewczynka z zachwytem roześmiała się w głos.
- Wiedziałam, że wcale nie śpisz! Udawałeś tak specjalnie, prawda?
Westchnął głęboko. Wspięła się na niego, zaśmiewając się wciąż radośnie.
- Trisha, kochanie – wydusił Cameron. – Tata nie może oddychać, jak tak na nim leżysz.
Zaczęła zsuwać się powoli. Teraz dopiero obudził się na dobre. Uniósł ją i położył obok siebie.
- Wiesz co, tato? – ciągnęła nie zrażona Trisha.
- Co takiego, aniołku?
- Przespałeś śniadanie.
- Naprawdę? – wykrzyknął z udanym przerażeniem.
Żarliwie pokiwała głową. – I wiesz jeszcze coś?
- Co jeszcze, kotku? – westchnął,
- Ciocia Letty powiedziała, że już najwyższy czas, żebyś się pokazał na dole. Powiedziała, że…
- Ciocia ma rację – przerwał jej i przytulił do siebie.
- Jak zwykle – dodał, całując ją w czubek nosa,
- Już przestało padać.
- To dobrze – odetchnął z ulgą Cameron.
- Jesteś głodny?
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś jadł.
- Zgadłaś – powiedział ugodowo, choć nie czuł głodu.
- To dobrze – buzia dziecka rozjaśniła się w uśmiechu – bo dziś rano pomagałam Angie piec ciasteczka i ona powiedziała, że zostawi trochę dla ciebie.
- To poleć teraz na dół, a ja wezmę prysznic, dobrze?
- Dobrze. – Ześlizgnęła się z niego na podłogę.
- Tylko się pospiesz, tato! – zawołała i wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Dochodziła jedenasta. Zasnął dopiero nad ranem. Ziewnął i wstał z łóżka. Ciasteczka. Hmm. Angie świetnie wie, że przepada za jej czekoladowymi ciasteczkami. Uśmiechnął się do siebie. Dobrze być w domu.

Czytaj dalej…

 

Diana Palmer – PRZERWANY KONCERT Grudzień 30, 2008

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 12:59 am
Tags: , , , , , , , , ,

Diana Palmer – PRZERWANY KONCERT

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Arabella płynęła miękko w przestworzach. Zdawało jej się, że mknie na jakiejś wyjątkowo szybkiej chmurze, wysoko nad ziemią. Pomrukiwała rozanielona, pogrążając się w puszystej nicości, na wpół świadoma bólu ręki, który wzmagał się z każdą sekundą, aż stał się rozpalonym do białości rwaniem.
- Nie! – krzyknęła wtedy i gwałtownie podniosła powieki.
Leżała na zimnym stole. Jej suknia, piękna perłowoszara suknia, była cała we krwi, a ona czuła się poobijana i posiniaczona. Mężczyzna w białym kitlu stał nad nią i zaglądał jej w oczy.
- Wstrząśnienie mózgu – recytował rzeczowym tonem – otarcia, stłuczenia. Złożone złamanie nadgarstka, naderwane więzadło. Proszę zrobić badanie krwi z oznaczeniem grupy i przygotować ją do operacji.
- Tak, doktorze.
- Co jej jest? – odezwał się drugi męski głos obcesowo i niesympatycznie. Znała skądś ten buń-czuczny ton, ale na pewno nie należał do jej ojca.
- Wyjdzie z tego – oświadczył lekarz. – A teraz proszę, żeby pan zaczekał na zewnątrz, panie Hardeman. Doceniam pańską troskę. – Oględnie mówiąc, pomyślał. – Zrobi jej pan większą przysługę, zostawiając ją pod naszą opieką.
Ethan! To głos Ethana. Arabelli udało się przekręcić nieco głowę. Faktycznie, to Ethan Hardeman. Wyglądał, jakby właśnie wyciągnięto go z łóżka. Czarne włosy stały mu dęba, najwidoczniej potargane jego własnymi rękami. Szczupła twarz o dosyć ostrych rysach była ściągnięta, a szare oczy tak pociemniały ze zdenerwowania, że stały się prawie czarne. Koszulę miał do połowy rozchyloną, jakby ją dopiero na siebie narzucił, ciemna marynarka była także rozpięta. W dłoni ściskał rondo beżowego stetsona.
- Bella – szepnął, wpatrując się w jej bladą, pokiereszowaną twarz.
- Ethan – zdołała wyszeptać zachrypłym głosem. – Och, moja ręka…
Podszedł do niej pomimo protestów lekarza. Był jeszcze bardziej spięty. Pochylił się i dotknął delikatnie jej otartego policzka.
- Kochanie, ale mnie przeraziłaś – powiedział cicho. Ręka mu drżała, kiedy odgarniał z jej twarzy długie kasztanowe włosy. W jej zielonych oczach stopiły się ze sobą cierpienie i ciepłe powitanie, dodając im blasku.
- Co z ojcem? – spytała, ponieważ to właśnie ojciec prowadził samochód, kiedy doszło do wy-padku.
- Przetransportowali go helikopterem do Dallas. Podejrzewali coś z oczami, a tam jest wysokiej klasy specjalista w tej dziedzinie. Poza tym nic mu się nie stało. Nie mógł się tobą zająć, więc powiado-mił mnie. – Uśmiechnął się chłodno. – Podejrzewam, że musiało go to wiele kosztować.
Była zbyt obolała, żeby podchwycić znaczenie kryjące się za tymi słowami.
- Ale… moja ręka? – powtórzyła spanikowana.
Ethan wyprostował się. Wygodniej było mu nie patrzeć jej teraz w oczy.
- Lekarze potem z tobą porozmawiają. Mary i cała reszta wpadną tu rano. A ja zaczekam do końca operacji.
Uczepiła się go drugą, zdrową ręką, czując jego napięte mięśnie.
- Proszę cię, powiedz im, że ręka jest dla mnie bardzo ważna, proszę cię – błagała.
- Oni to rozumieją. Zrobią wszystko, co się da. – Dotknął ostrożnie palcem jej warg. – Nie zostawię cię – obiecał cicho. – Będę tutaj cały czas.
Złapała go jeszcze mocniej. Chyba po raz pierwszy w życiu czerpała od niego siłę.
- Pamiętasz zatoczkę? – szepnęła półprzytomna, kiedy ból wzmógł się nie do wytrzymania.
Na widok jej wykrzywionej twarzy przeszył go dreszcz.
- Nie możecie jej czegoś podać? – zwrócił się zniecierpliwiony do lekarza, jakby to on sam się męczył.
Lekarz pojął wreszcie, że tym wysokim młodym człowiekiem, który wpadł jak burza do sali przed dziesięcioma minutami, nie powoduje wyłącznie podły humor. Wyraz jego surowej twarzy, kiedy trzymał dłoń poszkodowanej w wypadku kobiety, był wystarczająco wymowny.
- Zaraz coś jej dam – zobowiązał się. – Pan jest krewnym? Mężem?
Ethan przeniósł na niego spojrzenie.
- Nie, nie jestem krewnym. Ta kobieta jest pianistką koncertową, cieszy się ogromnym powo-dzeniem i znakomicie się sprzedaje. Mieszka z ojcem i nie wolno jej wychodzić za mąż.
Lekarz przyjrzał mu się, lecz nie miał czasu na refleksje ani dalsze dyskusje. Zostawił Ethana z pielęgniarką i z uczuciem ulgi zniknął w sali przyjęć.

Po kilku godzinach Arabella budziła się pomału z narkozy i wracała ze swoich podniebnych podróży do rzeczywistości jednoosobowego szpitalnego pokoju. Ethan już tam był, stał przy oknie, patrząc niewidzącym wzrokiem na pastelowe barwy nieba o brzasku. Nie przebrał się, wciąż miał na sobie ubranie z poprzedniego wieczoru. Arabella z kolei była wystrojona w kwiecisty szpitalny szlafrok. Miała wrażenie, że wygląda dokładnie tak, jak się czuje: na słabą i wyczerpaną.
- Ethan… – odezwała się.
Natychmiast odwrócił się i podszedł do łóżka. On też, prawdę mówiąc, przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Twarz mu pobladła z napięcia i powściąganej złości.
- Jak się czujesz? – spytał.
- Wykończona, obolała i kręci mi się głowie – odparła cicho, usiłując się uśmiechnąć.
Ethan stał z zaciętą miną, którą pamiętała z czasów, gdy był młodszy. Teraz zbliżała się do dwudziestych trzecich urodzin, on zaś przekroczył trzydziestkę. Zawsze był od niej o niebo dojrzalszy, niezależnie od wieku. Kiedy tak nad nią stał, jak przez mgłę przypominała sobie udrękę minionych czterech lat. Tyle wspomnień, pomyślała sennie, przyglądając się ukochanej twarzy. Cztery lata temu ten mężczyzna był jej wielką miłością, lecz ożenił się wówczas z Miriam. Co prawda niedługo po ślubie wymusił na żonie separację, ale potem, przez ponad trzy lata Miriam walczyła z nim zaciekle, nie zgadzając się na rozwód. Ostatecznie poddała się pod koniec tego roku. Przed trzema miesiącami ich rozstanie zostało usankcjonowane prawem.
Ethan potrafił skrywać swoje uczucia po mistrzowsku, ale głębokie zmarszczki na jego twarzy mówiły same za siebie. Miriam nielicho go skrzywdziła. Przed laty Arabella próbowała go przed nią ostrzec, uprzedzić – na swój nieśmiały i lękliwy sposób. W rezultacie Miriam stała się powodem kłótni i to z jej powodu Ethan z zimnym okrucieństwem usunął Arabellę ze swojego życia. Od tamtej pory widywała go czasami przelotnie, ponieważ jego szwagierka była jej najlepszą przyjaciółką. Spotkania były więc w zasadzie nieuniknione. Jednak za każdym razem przy takiej okazji Ethan zachowywał się wobec niej jak ktoś zupełnie obcy i całkiem niedostępny. Aż do ostatniej nocy.
- Powinieneś był mnie posłuchać w sprawie Miriam – odezwała się rwącym się głosem.
- Nie będziemy rozmawiać o mojej byłej żonie – rzekł stanowczo. – Jak trochę do siebie dojdziesz, zabiorę cię do domu. Mama i Mary zaopiekują się tobą i dotrzymają ci towarzystwa.
- Co z ojcem?
- Nie mam żadnych nowych wiadomości. Później się dowiem. Teraz muszę przede wszystkim zjeść śniadanie i się przebrać. Wrócę, jak tylko rozdzielę robotę między ludzi. Jesteśmy w samym środku spędu bydła.
- To rzeczywiście nie w porę zdarzył mi się ten wypadek – stwierdziła z głębokim westchnieniem. – Przepraszam, Ethan, tata mógł ci tego oszczędzić.
Pozornie zignorował jej uszczypliwy komentarz, który jednak zapadł mu w serce.
- Miałaś w samochodzie jakieś ciuchy?
Pokręciła słabo głową. Nawet najmniejszy ruch sprawiał jej ból, więc szybko znieruchomiała. Wyciągnęła tylko rękę, żeby odgarnąć włosy, spadające jej bez przerwy na twarz.
- Ubrania mam w domu, w Houston.
- Masz klucz do mieszkania?
- W torebce. Na pewno ją tu ze mną przywieźli.
Ethan zajrzał do szafki po drugiej stronie pokoju i znalazł tam elegancką skórzaną torebkę. Wziął ją do ręki i niósł do łóżka w taki sposób, jakby trzymał jadowitego węża.
- Gdzie masz ten klucz?
Spojrzała na niego rozbawiona mimo dawki otępiających środków uspokajających i nasilające-go się znów bólu.
- W kieszonce zamykanej na suwak – wyjaśniła.
Wyjął pęk kluczy, a ona wskazała mu ten właściwy. Odłożył torebkę z wyraźną ulgą.
- Nie zrozumiem, dlaczego kobiety nie mogą używać do tego kieszeni jak mężczyźni.
- Bo nosimy ze sobą tyle różnych drobiazgów, że żadna kieszeń by tego nie pomieściła. – Położyła głowę na poduszkach, przyglądając mu się krytycznie. – Okropnie wyglądasz.
Nie uśmiechnął się. Nie potraktował tego jak żart ani nie próbował zaprzeczać. Można śmiało rzec, że prawie w ogóle się nie uśmiechał, może poza kilkoma magicznymi dniami, kiedy miała osiem-naście lat. To było, zanim wpadł w piękne, wypielęgnowane rączki Miriam.
- Nie wyspałem się – warknął.
Twarz Arabelli przeciął niemrawy uśmiech.
- Nie krzycz tak. Twoja matka pisała do mnie w zeszłym miesiącu z Los Angeles. Podobno ostatnio w ogóle nie da się z tobą żyć.
- Coreen zawsze uważała, że ze mną nie można wytrzymać – przypomniał jej.
- Napisała, że jest tak od trzech miesięcy, od rozwodu – wyjaśniła. – Co się właściwie stało, że koniec końców Miriam się zgodziła? To przecież ona nalegała, żeby wasze małżeństwo formalnie trwało, chociaż już taki szmat czasu mieszkaliście oddzielnie.
- Skąd mam wiedzieć? – rzucił i pokazał jej plecy.
Zjeżył się i zamknął w sobie na wspomnienie byłej żony, a na jej serce spadł jakiś ciężar. Nic ją tak w życiu nie zraniło jak jego ślub. Nie wiedzieć czemu, zdawało jej się zawsze, że to na niej mu zależy. W wieku osiemnastu lat była dla niego za młoda, ale założyłaby się o każde pieniądze, że owego dnia nad rzeką czuł do niej coś więcej niż fizyczny pociąg. A może to tylko jedna z jej wielu beznadziejnych iluzji? Jakkolwiek było, zaczął się spotykać z Miriam niemal natychmiast po tamtym słodkim interludium i nie minęły dwa miesiące, kiedy ją poślubił.
Arabella nie mogła tego wówczas odżałować. Ethan był pierwszym mężczyzną w jej życiu pod każdym istotnym względem. Niecierpliwie czekała wtedy na moment pierwszego intymnego zbliżenia, podobnie jak przez większą część dorosłego życia oczekiwała dnia, gdy wybrany przez nią mężczyzna ją pokocha.
Mało brakowało, a roześmiałaby się w głos na szpitalnym łóżku. Ethan jej nigdy nie kochał. To wyjątkowe uczucie przeznaczył dla Miriam, która pewnego pięknego dnia zjawiła się na ranczu, żeby nakręcić jakąś reklamówkę. Arabella była świadkiem tamtych zdarzeń. Obserwowała ze zgrozą, jak łatwo Ethan ulega czarom zielonookiej, rudowłosej modelki.
Nie miała takiej pewności siebie czy talentu do wyrafinowanego flirtu, jakimi los obdarzył Miriam, która zabrała jej ukochanego po to tylko, by go wkrótce rzucić. Krążyły nawet plotki, że małżeństwo zrobiło z Ethana zaprzysięgłego wroga kobiet. Arabella nie wątpiła, że to prawda. Ethan przede wszystkim nigdy nie był podrywaczem. Nie pozwalała mu na to wrodzona powaga i stoicki spokój, jakim się odznaczał. Nie znalazłoby się w nim grama bezmyślności czy choćby beztroski. Od dawna czuł się odpowiedzialny za swoją rodzinę. Już w najwcześniejszych wspomnieniach Arabelli wys-tępował jako człowiek stateczny i surowy, dwudziestoparolatek, który wydaje polecenia niczym generał, budząc grozę i szacunek w mężczyznach dwa razy od niego starszych.
Ethan wpatrywał się w nią do momentu, gdy zauważyła, że wciąż tkwi przy jej łóżku.
- Wyślę kogoś do twojego mieszkania w Houston, żeby przywiózł ci trochę rzeczy.
- Dziękuję. – A więc Miriam jest tematem tabu. W zasadzie należało się tego spodziewać. Wzięła głęboki oddech i powoli zaczęła unosić rękę, która wydała jej się nieludzko ciężka. Spojrzała na nią i zobaczyła stosunkowo niewielkich rozmiarów gips, spod którego wyzierała czerwona plama środka antyseptycznego, rzucająca się w oczy na tle bladej skóry. Rzeczywistość zaskrzeczała. Arabella zamknęła oczy, aby przed nią uciec.
- Musieli ci nastawić kości – tłumaczył Ethan. – Za sześć tygodni zdejmą gips i będziesz mogła z powrotem normalnie poruszać palcami.

Czytaj dalej…

 

Palmer Diana – Władca Pustyni Grudzień 29, 2008

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 11:53 pm
Tags: , , , , , , , , , ,

Palmer Diana – Władca Pustyni

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Tłumy podróżnych przewalały się przez brukselskie lotnisko, mijając bar, w którym dwie Amerykanki zastanawiały się bezradnie, co dalej robić. Szczupła blondynka, ubrana w beżowy garnitur, uśmiechała się histerycznie, spoglądając na zniecierpliwioną brunetkę, która miała na sobie marynarkę i spodnie z zielonego jedwabiu.
- Cóż za ironia losu. Umrzemy z głodu, choć wokół są góry jedzenia! – powiedziała Gretchen Brannon.
- Och, przestań! – odparła Maggie Barton, pochylając się nad przyjaciółką, która zaniosła się ponurym chichotem. – Śmierć głodowa nam nie grozi. Zaraz postaram się o franki belgijskie. Na pewno jest tutaj bankomat albo kantor. – Zatoczyła ręką szeroki łuk, wskazując okoliczne sklepy.
- Naprawdę? Gdzie? – W zielonych oczach Gretchen pojawiły się złośliwe iskierki. Maggie westchnęła, daremnie próbując przypomnieć sobie francuskie słówka, żeby rozszyfrować napisy ponad drzwiami sklepów. Gretchen obserwowała ją spod ciężkich, spuchniętych powiek. Od trzydziestu sześciu godzin obywała się bez snu, w przeciwieństwie do przyjaciółki, która podczas lotu wyspała się za wszystkie czasy. – Już widzę nagłówki: „Zwłoki zagubionych turystek z Teksasu w pięciogwiazdkowej restauracji”! – Znów zachichotała, chociaż wcale nie było jej do śmiechu.
- Czekaj tu na mnie, nie ruszaj się na krok – rozkazująco rzuciła Maggie.
Gretchen oddała salut należny wyższej szarży. Starsza od niej o trzy lata dwudziestosześcioletnia Maggie, pracownica i udziałowiec biura maklerskiego w Houston, miała przywódcze skłonności, co w trudnych sytuacjach okazywało się zbawienne. Na pewno znajdzie sposób, żeby wymienić dolary na miejscowa walutę, i wkrótce zjawi się z prowiantem oraz napojami.
Gdy Meggie wróciła, kieszenie miała pełne monet i banknotów. Ułożyła je według nominałów i marszcząc brwi, próbowała sobie przypomnieć wyjaśnienia kasjera na temat bilonu.
- Mamy dość czasu, żeby coś zjeść, a potem zwiedzić Brukselę, Samolot do Casablanki startuje dopiero po południu.
- Zwiedzanie7 Wspaniały pomysł! – powiedziała senna Gretchen. – Postaraj się tylko o krzepkiego przewodnika, by wziął mnie na barana, bo ja po prostu padam z nóg.
- Najpierw posiłek i kawa. No już, idziemy. Gdy przyjaciółka chwyciła ją za rękę, Gretchen po-słusznie wstała. Zabawnie razem wyglądały: Maggie wysoka i ponętna, Gretchen szczuplutka, średniego wzrostu, o jasnej cerze i długich blond włosach w odcieniu platyny. Zabrały ze sobą tylko niewielkie wa-lizki jako bagaż podręczny, ograniczając ilość rzeczy do niezbędnego minimum. Dzięki temu nie musiały godzinami tkwić na lotnisku przy bagażowej karuzeli. Zdarza się, że takie oczekiwanie okazuje się daremne, bo walizki trafiły do innego samolotu i pasażerowie muszą obyć się bez nich.
- Wszyscy tu palą – burknęła Maggie i zaniosła się kaszlem. – Nie widzę sali dla niepalących.
- Właśnie w niej jesteśmy, ale dym rozchodzi się po wszystkich pomieszczeniach – odparła z uśmiechem Gretchen.
- Może zjemy w tym barze – zaproponowała Maggie z kwaśną miną i wskazała najbliższą witrynę. – Jest prawie pusty i nie ma palaczy.
- Szczerze mówiąc, dla mnie takie drobiazgi są teraz bez znaczenia. Smakowałby mi nawet suchy chleb – odparła Gretchen. – Jeśli zabraknie nam pieniędzy, gotowa jestem zmywać naczynia!
Usiadły przy barze i zamówiły solidny posiłek: makaron z sosem pomidorowym i świeże pieczywo. Talerze były porcelanowe, sztućce prawdziwe, żadne tam plastiki do jednorazowego użytku. Gdy dopijały drugą kawę, Gretchen poczuła się jak nowo narodzona.
- Trzeba teraz załapać się na szybki objazd po mieście – oznajmiła pogodnie Maggie. – Zadzwonię do biura podróży i poproszę, żeby pilot po nas przyjechał.
Gretchen westchnęła bez słowa i przymknęła oczy. Najchętniej wskoczyłaby do łóżka i przespała co najmniej dziesięć godzin, lecz od hotelu w marokańskim Tangerze dzielił ich jeszcze długi lot. Kwadrans później zirytowana Maggie odwiesiła słuchawkę. Mamrocząc przekleństwa, trąciła drzemiącą Gretchen.
- Nie mogę znaleźć właściwego numeru, bo nie znam francuskiego. Z tego samego powodu nie wiem, jakie monety wrzucić do aparatu, i nie jestem w stanie dogadać się z tubylcami, którzy odbierają telefony. Przyczyna jest zawsze ta sama: ni w ząb nie mówię ich językiem!
- Czemu tak na mnie patrzysz? – spytała przyjaźnie Gretchen. – Mam ten sam problem. Nie potrafię zrozumieć nawet menu.
- Znam hiszpański, ale tutaj jest zupełnie bezużyteczny – odparła zirytowana Maggie. – Mam pomysł! Wyjdziemy na zewnątrz i złapiemy taksówkę. To najłatwiejsze wyjście, prawda?
Gretchen wstała bez słowa i ruszyła, ciągnąc za sobą walizkę jak opornego szczeniaka. Hala przylotów brukselskiego lotniska była duża, nowoczesna i dobrze oznakowana. Po kilku niepowodzeniach znalazły taksówkę. Kierowca był sympatyczny i przyjacielski. Mówił łamanym angielskim, nie lepszym od francuskiego Maggie. Mimo językowych kłopotów, dziewczyny postawiły na swoim i zobaczyły wiele pięknych zabytków. Odbyły długą i ciekawą przejażdżkę, w końcu jednak musiały wrócić na lotnisko, żeby nie spóźnić się na samolot.
Gretchen, całkiem rozbudzona po smacznym posiłku, kawie i miłej wycieczce, z niecierpliwością myślała o Maroku, czyli właściwym celu podróży. Była to dla niej starożytna, pustynna kraina wielbłądów, saharyjskich piasków i słynnych Berberów z gór Rif. Po kilku godzinach lotu urozmaiconego smacznymi przekąskami, typowymi dla kuchni śródziemnomorskiej, i lekturą gratisowych anglojęzycznych dzienników samolot wylądował w Casablance, gdzie dziewczyny miały się przesiąść na pokład maszyny lecącej do Tangeru. Po szczęśliwym lądowaniu Maggie i Gretchen przyłączyły się do głośnych oklasków dla załogi, a potem ruszyły do wyjścia i znalazły się w innym świecie, którego mieszkańcy paradowali w długich fałdzistych szatach, a kobiety okrywały głowy ciasno zawiązanymi chustami i zasłaniały twarze. Wokół pełno było dzieci podróżujących z rodzicami.
Na lotnisku w Casablance, które okazało się mniejsze, niż przypuszczały, uzbrojeni strażnicy w panterkach doprowadzili pasażerów lotów tranzytowych do stanowisk odprawy celnej, a potem do poczekalni, gdzie podróżni mieli spędzić czas, dzielący ich od startu maszyny. Toaleta była staromodna, ale pobierający drobne opłaty Marokańczyk mówił po angielsku, okazał się więc niewyczerpanym źródłem informacji na temat miasta i jego mieszkańców. Po kolejnej odprawie celnej i kontroli wykrywaczami metalu, Gretchen i Maggie wymieniły amerykańskie dolary na miejscowe dirhamy. Wkrótce znalazły się w samolocie lecącym do Tangeru.
Casablankę oglądały z lotu ptaka. Ich uwagę zwróciły tradycyjne białe gmachy, nowoczesne wieżowce oraz typowe dla wszystkich dużych miast korki uliczne. Gdy niewielki samolot wzniósł się wyżej, z zachwytem patrzyły na piękne miasto u wybrzeży Atlantyku. Lot trwał trzy i pół godziny. Tym razem na pokładzie wolno było palić, więc gdy maszyna gładko podeszła do lądowania, były już lekko pod – duszone.
Pasażerowie wysiedli, ich paszporty opatrzono stemplem, a bagaże znowu skontrolowano. Gdy wszystkim formalnościom stało się zadość, Gretchen i Maggie opuściły halę przylotów. Otoczyło je wilgotne, niemal gorące powietrze marokańskiej nocy. Były w Tangerze nad Morzem Śródziemnym. Na ulicy przed portem lotniczym zobaczyły długi rząd taksówek. Kierowcy cierpliwie czekali na nielicznych pasażerów. Jeden z nich z przyjaznym uśmiechem skłonił głowę i włożył ich walizki do bagażnika mercedesa. Nareszcie były w drodze do pięciogwiazdkowego hotelu „Minzah”, wzniesionego na wzgó-rzu górującym nad portem. Ulice były jasno oświetlone, a prawie wszyscy przechodnie nosili długie szaty. Miasto wabiło egzotyką, starodawnym urokiem i tradycyjnymi zwyczajami. Wszędzie rosły palmy. Mimo późnej pory, na ulicach kręciło się wielu ludzi. Od czasu do czasu widziało się europejskie stroje. Z bocznych uliczek, hałasując klaksonami, z dużą szybkością wyjeżdżały auta. Głowy wysuwały się przez stale uchylone okna, dłonie gestykulowały z ożywieniem, słyszało się dialekt Berberów, gdy kierowcy pokrzykiwali dobrodusznie, próbując włączyć się do ruchu. W powietrzu unosiła się dyskretna piżmowa woń: słodka, obca i prawdziwie marokańska.
Dla Gretchen i Maggie był to prawdziwy skok na głęboką wodę. Zanurzyły się chętnie w nieznanej rzeczywistości. Kiedy planowały podróż, nie znalazły bezpośredniego połączenia z Tangerem, więc postanowiły lecieć do Afryki przez Brukselę, a w drodze powrotnej zahaczyć o Amsterdam, żeby poczuć specyfikę Europy. Przeczuwały, że czeka je wspaniała wyprawa, a teraz, kiedy znalazły się w Maroku, rozbudzona wyobraźnia dostrzegała wszędzie ślady dawnych wieków, kiedy dosiadający białych wierzchowców Berberowie walczyli z Europejczykami o panowanie nad świętą krainą swych przodków.
- Ten wyjazd to wspaniała przygoda – stwierdziła Gretchen, choć była ledwie żywa ze zmęczenia, ponieważ w czasie długiej podróży prawie w ogóle nie zmrużyła oka.
- No pewnie, od początku tak mówiłam – przytaknęła Maggie. – Biedactwo, ledwie trzymasz się na nogach, prawda?
- Owszem. – Gretchen kiwnęła głową. – Ale warto było się pomęczyć, żeby wreszcie tutaj dotrzeć. – Zmarszczyła brwi, spoglądając w okno. – Nie widać Sahary.
- Pustynia zaczyna się siedem kilometrów stąd – wyjaśnił kierowca, spoglądając w lusterko wsteczne. – Tanger jest nadmorskim portem, mesdemoiselles.
- A my zamierzałyśmy przespacerować się na pustynię – zachichotała Gretchen.
- Zapewniam, że w najbliższej okolicy jest wiele miejsc wartych odwiedzenia – odparł kierowca. – Muzeum Forbesa, Grota Herkulesa, nie mówiąc już o naszym suku…
- Bazar! – przypomniała sobie Maggie. – W folderze biura podróży było napisane, że to prawdziwa rewelacja!
- Oczywiście – potwierdził kierowca i dodał: – Mogą też panie wynająć samochód i w dzień targowy pojechać do Asilah na wybrzeżu Atlantyku. Naprawdę warto zobaczyć bazar. Ludzie z całego kraju zwożą tam produkty i wystawiają na sprzedaż.
- Chcemy też zobaczyć słynny Kasbah – rozmarzyła się Gretchen.
- Mamy ich tu sporo – odparł kierowca.
- Jak to? – zdziwiła się Gretchen.
- Aha, to amerykańskie kino. Wszystkiemu winien Humphrey Bogart. – Taksówkarz zachichotał. – Wyraz kasbah oznacza miasto otoczone murami, mesdemoiselles. W Tangerze na obwarowanej starówce są głównie sklepy. Na pewno obejrzycie nasze mury. Są bardzo stare. Tanger był zamieszkany już cztery tysiące lat przed Chrystusem, a jako pierwsi osiedli tu Berberowie.
Po drodze wskazał jeszcze kilka zabytków. W końcu wjechał na niskie wzgórze, zatrzymał się przed budynkiem o skromnej fasadzie, otoczonym niewielkimi sklepikami, i wyłączył silnik.
- Wasz hotel, mesdemoiselles.
Otworzył im drzwi auta i podał walizki młodzieńcowi, który z powitalnym uśmiechem podbiegł do taksówki. Dziewczyny były zaskoczone, bo z zewnątrz hotel nie wyglądał zachęcająco, ale gdy weszły do środka, otoczył je wschodni przepych. Siedzący przy biurku recepcjonista w białej marynarce miał na głowie czerwony fez. Rozmawiał z innym gościem, więc czekając z bagażami na swoją kolej, rozglądały się wokół. W sali przylegającej do holu na podłodze leżał kosztowny dywan, kanapy i fotele były z ciemnego, kunsztownie rzeźbionego drewna, na ścianach wisiały mozaiki oprawione w ramy. Obok znajdowała się winda, która właśnie ruszała.
Recepcjonista załatwił sprawy z poprzednim gościem i uśmiechnął się do dziewcząt. Maggie podeszła do biurka, ponieważ rezerwacja została zrobiona na jej nazwisko. Wkrótce były już w drodze do swego pokoju. Boy zajął się ich bagażami.
Z okien pokoju roztaczał się widok na Morze Śródziemne. Hotel otaczały ukwiecone klomby, był także basen i mnóstwo przyjemnych zakątków w cieniu palm, skąd, nie będąc widzianym z ulicy, można było patrzeć na morskie fale. Otoczenie przypominało wspaniałe pejzaże Wysp Karaibskich, a powietrze miało cudowny zapach. Pokój był ogromny, o egzotycznym wystroju, z telefonem, osobną łazienką i toaletą oraz małym barkiem, w którym znalazły odświeżające napoje, wodę mineralną, piwo i przekąski.
- Na pewno nie umrzemy z głodu – stwierdziła półgłosem Maggie, krążąc po pokoju.
Gretchen wyjęła z walizki nocną koszulę, zrzuciła podróżne ciuchy, wskoczyła pod kołdrę i zasnęła, a Maggie zaczęła się głośno zastanawiać, jak się wzywa hotelową obsługę.
Wprawdzie dziewczęta przekroczyły kilka stref czasowych, ale następnego ranka o ósmej rano obudziły się wypoczęte i głodne.

Czytaj dalej…

 

Palmer Diana – W sercu gór Grudzień 29, 2008

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 10:52 pm
Tags: , , , , , , , , , ,

Palmer Diana – W sercu gór

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nieznany odgłos kolejny raz odbił się głuchym echem od drewnianych ścian górskiej chaty. Zaniepokojona Amanda uniosła się lekko w fotelu i szczelniej owinęła wokół ramion indiański koc. Książkę, którą czytała, siedząc przy otwartym palenisku, na wszelki wypadek odłożyła na bok. Do tej pory jej ustronie było istnym rajem na ziemi. W ostatnich dniach przybyło ponad metr śniegu, ale się tym nie przejmowała; w spiżarni miała dość zapasów, by spokojnie przetrwać kilkutygodniowy atak zimy, która w Wyoming potrafi dać się mocno we znaki. Musiała być zapobiegliwa, gdyż do chaty nie dochodziła linia telefoniczna. A co ważniejsze, wokół nie było żywej duszy.
No, niezupełnie. Nieopodal mieszkał pewien mężczyzna. Jego imponujące domostwo posadowione niemal na samym szczycie górowało nad jej chatą przycupniętą u podnóża. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zanuciłby na jego widok: „Jak dobrze mieć sąsiada…”, ale Amanda na szczęście nie utrzymywała z nim żadnych kontaktów. Widziała go tylko jeden jedyny raz i szybko uznała, że był to o jeden raz za dużo.
Spotkała go, o ile to „czołowe zderzenie” można w ogóle nazwać spotkaniem, w ubiegłą sobotę, gdy cały świat był biały od śniegu. Spostrzegła go na skraju ośnieżonej łąki, gdy stojąc w jednokonnych saniach, podawał widłami siano niewielkiemu stadu biało – czerwonych krów. Unosił spore bele tak lekko, jakby nic nie ważyły. Scenka ta urzekła Amandę, gdyż postępowanie mężczyzny wzięła za przejaw odpowiedzialności i troski. Wysoki, silny ranczer nie zważa na śnieżną zadymkę i jedzie nakarmić głodne zwierzęta. Wzruszające, pomyślała, uśmiechając się do swoich myśli.
Zachęcona podjechała do niego terenowym samochodem i, wychyliwszy przez okno głowę, zapytała o drogę do chaty Duminga, tak bowiem nazywało się miejsce, które wynajęła od jednego z przyjaciół ciotki. Ledwie się odezwała, przyjazne uczucia, które obudził w niej nieznajomy, prysły niczym mydlana bańka.
Ranczer obrócił się wolno i spojrzał na nią tak nieprzyjaznym wzrokiem, że aż przeniknął ją chłód. Zaskoczona, przyjrzała się jego szczupłej twarzy pokrytej jednodniowym zarostem, który i tak nie był w stanie zamaskować uderzającej brzydoty nieregularnych rysów. Mężczyzna miał wystające kości policzkowe, szerokie czoło i sterczący podbródek, a do tego grubą szramę na twarzy, wyglądającą tak, jakby ktoś przejechał mu po policzku brzytwą. Na Amandzie ten ewidentny brak urody nie zrobił najmniejszego wrażenia; Hank Shoeman i pozostali trzej muzycy z jej zespołu byli bodaj jeszcze bardziej szpetni. Tyle że oni potrafili się uśmiechać, to zaś posępne indywiduum z pewnością wygrałoby ogólnokrajowy plebiscyt na największego ponuraka w historii.
- Pytam, czy może pan wskazać mi drogę do chaty Blalocka Durninga… – powtórzyła, czując narastające zniecierpliwienie.
Na ogorzałej twarzy ranczera nie drgnął żaden muskuł.
- Niech pani jedzie prosto tą drogą, a potem skręci w lewo obok masztów – rzekł w końcu sucho, głosem tak głębokim, że kojarzył się z pomrukiem nadciągającej burzy.
- Masztów? – powtórzyła zaskoczona. – Wigwamy? A jak one wyglądają?
- Droga pani – powiedział z wymuszoną uprzejmością – maszty to te wysokie sosny. Są strzeliste, mają pnie pokryte brązową chropowatą korą i zielone igły. Te, o których mówię, rosną na rozstaju dróg.
- Nie musi pan być aż tak nieuprzejmy, panie…?
- Sutton – rzucił z przymusem. – Quinn Sutton.
- Miło pana poznać – zaryzykowała. – Jestem Amanda. – Zanim podała nazwisko, zastanowiła się, czy jest szansa, by tu, na tym odludziu, ktoś mógł ją rozpoznać. Mimo wszystko wolała nie ryzykować i na wszelki wypadek przedstawiła się, używając panieńskiego nazwiska matki. – Amanda Corrie. Zamierzam spędzić w tej okolicy kilka tygodni – dodała.
- Sezon turystyczny już się skończył – burknął, nie siląc się na grzeczność.
- Całe szczęście! Nie jestem turystką.
- Pani sprawa. Ale proszę na mnie nie liczyć, kiedy zabraknie pani drewna albo zaniepokoją panią jakieś odgłosy. – W jego ciemnych oczach tliła się niechęć. – Zresztą i tak pewnie ktoś panią ostrzeże, że kobiety nie mają ze mnie pożytku.
Zszokowana, szukała w myślach adekwatnej odpowiedzi, gdy zza sań wybiegł chłopiec, który na oko miał nie więcej niż dwanaście lat.
- Tato! – wołał podniecony. – Na drugim pastwisku cieli się krowa. Chyba będzie poród pośladkowy!
- W porządku, synu! Wskakuj! – odkrzyknął Sutton zaskakująco ciepłym, wręcz czułym głosem. Wystarczyło jednak, że zwrócił się w stronę Amandy, i po łagodności nie było śladu.
- Niech pani porządnie zamyka na noc drzwi – napomniał. – No, chyba że spodziewa się pani odwiedzin Durninga – dodał drwiąco.
W odpowiedzi spojrzała mu twardo w oczy. Chciała powiedzieć temu impertynentowi, że nawet nie zna człowieka, o którym mówi, bo to przyjaciel ciotki, ale dała sobie spokój. Uznała, że nie ma sensu wdawać się w niepotrzebne dyskusje.
- Dziękuję za cenną radę – odezwała się ugodowo. Spojrzała przy tym na chłopca, który przysłuchiwał się rozmowie. – Zdaje się, że jakiejś kobiecie jednak pan się na coś przydał – zauważyła z przekąsem. – Proszę złożyć żonie wyrazy najgłębszego współczucia. Zegnam, panie Sutton.
Nie czekając na jego reakcję, podniosła szybę i wciskając mocno gaz, ruszyła przed siebie. Koła zabuksowały w śniegu, wyrzucając w powietrze deszcz białych grudek, tył zatańczył na nierównej drodze, ale napęd na cztery koła zrobił swoje i samochód bezpiecznie wyszedł z poślizgu.
Przypominała sobie to spotkanie, wpatrując się w strzelające wysoko pomarańczowe płomienie. Na myśl o arogancji Quinna Suttona burzyła się w niej krew, więc rozgniewana posłała go do wszystkich diabłów, życząc mu z całego serca, żeby smażył się w piekle. Oby nigdy więcej nie musiała mieć z nim do czynienia. Jeśli na swoje nieszczęście będzie potrzebowała czyjejś pomocy, prędzej zwróci się o nią do wygłodniałego wilka niż tego prostaka. Dobrze, że syn nie wrodził się w ojca, pomyślała, wspominając sympatycznego chłopca. W jego rudej czuprynie i błękitnych oczach nie dostrzegła śladu podobieństwa do ponurej powierzchowności rodzica. Swoją drogą ten cały Sutton kojarzył jej się właśnie z dzikim wilkiem. W jego sylwetce, mimice, ruchach było coś, co przywodziło na myśl niebezpieczną bestię. Może to twarz zeszpecona blizną albo oczy, czarne i zimne jak woda w górskim stawie. W znoszonym kożuchu i zgrabnym stetsonie wyglądał jak człowiek z gór, potomek pionierów, którzy przed wiekami osiedlili się w Wyoming. Nie przypominała sobie, by ktoś inny w tak krótkim czasie wzbudził w niej równie silną antypatię.
Nazwisko nieudanego sąsiada poznała już wcześniej , zanim raczył się przedstawić. Ciotka wspominała o nim, przestrzegając ją, by na wszelki wypadek trzymała się z dala od jego rancza, które nazywało się „Ricochet”. Słysząc tę dziwaczną nazwę, natychmiast pomyślała o zbłąkanej kuli. Widocznie któryś z jego przodków lubił razić ołowiem naprawo i lewo. Prawdopodobnie ta cecha zdominowała rodzinne geny, gdyż współczesny pan Sutton wyglądem bardziej przypominał rzezimieszka niż ranczera. Niechlujny zarost, zorana blizną twarz, krzywy nos… Takiej twarzy nie sposób zapomnieć, zwłaszcza oczu czarnych jak dwa węgle…
Poprawiła koc i bez zainteresowania zerknęła na książkę. Nie miała ochoty czytać. Traumatyczne przeżycia ostatnich tygodni wciąż odbierały jej spokój. Póki co, nie potrafiła się od nich uwolnić. Oparła więc głowę o miękkie oparcie fotela i zapatrzona w taniec płomieni, pozwoliła, żeby powróciły koszmarne wspomnienia.
Stała na scenie w ostrym świetle reflektorów, które spływało po jej długich jasnych włosach i sukni z beżowej skóry; to był jej firmowy znak. I wtedy, całkiem niespodziewanie, straciła głos. Zszokowana, że nie jest w stanie zaśpiewać bodaj jednej nuty, zemdlała na oczach zdezorientowanej i przerażonej publiczności.
Natychmiast przewieziono ją do szpitala, gdzie przeszła wszystkie możliwe badania oraz kuracje. Bez skutku. Współczesna medycyna nie była w stanie przywrócić jej głosu. Amanda mogła wprawdzie mówić, ale nie mogła śpiewać. Lekarze orzekli w końcu, że jej przypadek ma podłoże psychologiczne i nie jest związany z żadną możliwą do zdiagnozowania chorobą. Winą za całe nieszczęście obarczyli długotrwały stres. I zalecili odpoczynek.
Wtedy Hank, lider grupy, zadzwonił do jej ciotki Bess i poprosił, żeby znalazła dla Amandy jakieś spokojne miejsce. Okazało się, że bogaty narzeczony ciotki ma chatę w górach, w odludnym rejonie pasma Grand Tetons w Wyoming, i chętnie ją udostępni. Początkowo Amanda nie chciała słyszeć o żadnym wyjeździe, jednak pod presją Hanka, chłopaków z zespołu i ciotki w końcu uległa. I oto tu jest, w samym środku mroźnej zimy, bez telewizora, telefonu, w zasypanej śniegiem chacie wyposażonej tylko w podstawowe sprzęty. Żadnych wygód. Ucieczka od cywilizacji, jak to zgrabnie ujął zwalisty, brodaty Hank, pomoże jej odzyskać rów-nowagę.
Uśmiechnęła się na wspomnienie chłopaków z zespołu, którzy w tych trudnych dniach troszczyli się o nią jak rodzeni bracia. Ich grupa nazywała się Desperado. Prócz Amandy, noszącej na scenie słynny skórzany strój, tworzyło ją czterech mężczyzn. Wszyscy byli utalentowanymi muzykami i bardzo porządnymi ludźmi, jednak ich agresywny sceniczny wizerunek nasuwał skojarzenia z heli ’s angels: koledzy Amandy ciskali się po scenie w poszarpanych dżinsach i czarnych skórach nabijanych ćwiekami. Dopełnieniem demonicznego wizerunku były gęste czarne brody i długie potargane włosy. Mimo odstraszającej powierzchowności byli łagodni jak baranki, tyle że nikomu nigdy nie przyszło do głowy przekonać się, jacy są naprawdę.

Czytaj dalej…

 

Palmer Diana – Tajny agent Grudzień 29, 2008

Zaszufladkowany do: Uncategorized — superproject @ 9:49 pm
Tags: , , , , , , , , , ,

Palmer Diana – Tajny agent

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Bez dokumentów identyfikacyjnych i niewielkiego pistoletu, który ostatnio nosił zawsze przy sobie, Lang Patton czuł się dziwnie nieswojo. Sam podjął decyzję o tym, by porzucić CIA i zatrudnić się w prywatnej agencji ochrony w San Antonio. Miał nadzieję, że nie będzie żałował tego wyboru.
Z płócienną torbą na ramieniu rozglądał się teraz po hali lotniska w poszukiwaniu swojego brata, Boba.
Lang Patton był mężczyzną wysokim i barczystym. Uwagę obserwatorów przyciągała wyrazista twarz i czarne, pogodne oczy. Bob Patton, znacznie drobniejszej budowy, podszedł teraz do Langa, trzymając za rękę sześcioletniego chłopca. Szczerbaty malec uśmiechnął się radośnie na widok wuja.
- Cześć, wujku Lang, strzelałeś ostatnio do chuliganów? – zapytał na tyle głośno, by zwrócić uwagę stojącego nie opodal ochroniarza.
- Ostatnio nie, Mikey. – Lang uścisnął dłoń brata, a potem uniósł wysoko chłopca. – Jak leci, wspólniku?
- Wspaniale! Dentysta powiedział, że wyrośnie mi nowy ząb, ale za mojego mleczaka dostałem od wróżki całego dolara!
- Mówiąc między nami – wtrącił ściszonym głosem Bob – wróżka jest podobno bliska bankructwa.
- Czy mógłbym obejrzeć twój rewolwer, wujku?
Rozmawiający ze stewardesą strażnik uniósł w górę brwi, a potem ruszył w ich stronę. Lang jęknął, postawił na ziemi bratanka i odruchowo już odchylił klapę marynarki. Mężczyzna przyglądał się temu zdziwiony. – Demonstruje pan muskuły czy nową koszulę?
- Pokazuję, że nie mam broni – mruknął Lang.
- Ach. tak. Nie interesuje mnie to. Pan nazywa się Lang Patton?
- Tak – potwierdził zaskoczony Lang.
- Nikt więcej nie pasuje do podanego opisu – wyjaśnił strażnik z niepewnym uśmiechem. – Dzwoniła pani Patton, prosząc, by po drodze w sklepie z częściami samochodowymi kupił pan dla niej nowy gaźnik do forda mustanga 65.
- Nie, nie ma mowy – mruknął Bob. – Mówiłem jej że ten remont nie ma sensu, ale nie chce mnie słuchać. Postanowiła udowodnić, że nie mam racji, albo, co gorsza, ma zamiar również ciebie w to wciągnąć — dodał, widząc szeroki uśmiech brata.
- Jego żona, moja bratowa, to prawdziwa czarodziejka – tłumaczył Lang pracownikowi lotniska. – Potrafi naprawić wszystko, co jeździ. Ale on – wskazał palcem wyraźnie niezadowolonego brata – uważa, że nie jest to wystarczająco kobiece zajęcie.
- Na jakim on świecie żyje7 – zdziwił się strażnik – Moja żona naprawia naszą pralkę i lodówkę. Oszczędzamy w ten sposób fortunę. Trzeba umieć docenić swoje szczęście. Czy pan wie, ile teraz kosztuje jakakolwiek naprawa?
- Tak, wiem – odparł kwaśno Bob. – Moja żona jest mechanikiem. Wciąż oglądam ją w drelichowych spodniach, umazaną olejem i smarami. Mnie zaś przypada zaszczytna rola niańki.
Lang wiedział, jaka jest przyczyna niezadowolenia Boba. Razem z bratem przez całe dzieciństwo musieli wyręczać w obowiązkach domowych pracującą matkę.
- Wiesz przecież, że Connie cię kocha – stwierdził Lang. – Ty sam masz znakomity zawód, jesteś świetnym rzeczoznawcą – dodał, kiedy zostali sami. – Któregoś dnia Mikey pójdzie w twoje ślady. Prawda, Mikey? – zapytał chłopca.
- Ja? Nie ma mowy. Chcę być usmarowaną małpką, tak jak mama!
Bob spojrzał wymownie w niebo i ruszył do przodu, nie czekając na brata i syna.
Pattonowie mieszkali we Floresville, na zachód od San Antonio. Monotonną scenerię łagodnych wzniesień urozmaicał jedynie gdzieniegdzie widok pasącego się bydła lub samotnie stojący budynek stacji benzynowej. Przejażdżka przez tę wciąż jeszcze rolniczą część Teksasu przypomniała Langowi szczęśliwe chwile dzieciństwa, gdy wraz z Bobem odwiedzali ranczo wuja, by pojeździć konno z kowbojami. W domu atmosfera była znacznie mniej radosna.
- Czas mija tak szybko – zauważył Lang.
- Nawet nie wiesz, jak szybko – potwierdził Bob, a potem zerknął na brata. – Któregoś dnia spotkałem w mieście Kirry.
Serce Langa zabiło szybciej. Nie spodziewał się usłyszeć jej imienia. Przez pięć lat starał się zapomnieć o tej dziewczynie. Nagle znów opadły go wspomnienia o zielonookiej blondynce, w której oczach zawsze widział miłość i oddanie. Pamiętał również, jak zalana łzami dziewczyna błagała na próżno, by zechciał jej wysłuchać. Zastał kiedyś Kirry rozebraną w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela. Ogarnięty zazdrością uwierzył w najgorsze i dopiero sześć miesięcy później poznał prawdę. Jego przyjaciel specjalnie zaaranżował tę scenę, gdyż pragnął Kirry dla siebie.
- Próbowałem ją kiedyś przeprosić. Bob doskonale znał całą historię.
- Do dziś nie chce o tym rozmawiać – odpowiedział cicho. – Jest bardzo uprzejma, ale kiedy wspominam o tobie, zawsze szybko zmienia temat.
- Natychmiast potem wyjechała na uniwersytet – stwierdził Lang.
- Który skończyła z wyróżnieniem. Jest teraz wiceprezesem jednej z największych agencji reklamowych w San Antonio. Zarabia doskonale i dużo podróżuje.
- Czy przyjeżdża czasami do domu? – dopytywał się Lang. Bob potrząsnął głową.
- Unika Floresville niczym zarazy. Jej matka sprzedała farmę, więc Kirry nic już tutaj nie ciągnie.
- Bob spojrzał na brata. – Musiałeś ją wtedy bardzo zranić.
Kiedy Lang odpowiadał, w jego słowach słychać było pogardę dla samego siebie.
- Nie wiesz nawet, jak bardzo.
- To wydarzyło się tuż po tym, jak zostałeś przyjęty do CIA.
- Zgłosiłem się tam pół roku wcześniej – przypomniał bratu. – To nie była nagła decyzja.
- Nikt z nas jednak o tym nie wiedział.
- Wiedziałem, że nie spodobałby się wam mój pomysł. Teraz wróciłem cały i zdrowy z mnóstwem ekscytujących wspomnień – stwierdził Lang.
- Równie samotny jak w dniu, w którym wyjeżdżałeś.
- Bob wskazał głową synka. Chłopiec, rozłożony wygodnie na tylnym siedzeniu, z wypiekami na twarzy przeglądał komiks. – Gdybyś się ożenił, sam miałbyś do tej pory takiego brzdąca.
Oczy Langa pociemniały, kiedy spojrzał na Mikeya.
- Brak mi twojej odwagi – odparł szorstko. Bob zerknął na brata.
- I to ty przestrzegałeś mnie, bym nie wspominał przeszłości.
Lang wzruszył ramionami.
- Czasami nachodzą mnie wspomnienia. Znacznie rzadziej niż wówczas, gdy stąd wyjeżdżałem.
- Wciąż jeszcze nie potrafisz zaakceptować tego, co się stało. Starzejesz się, Lang. Któregoś dnia zapragniesz mieć żonę i dzieci.
Lang nie mógł zaprzeczyć, że z chęcią ożeniłby się już teraz. Mniej entuzjazmu wzbudzała w nim myśl o dziecku.
- Ostatnio dużo myślałem o swoim życiu i nie byłem zachwycony wnioskami, do których doszedłem. Kiedy więc dawna znajoma wspomniała o możliwości pracy tutaj, postanowiłem przyjąć jej propozycję.
- Czy to ktoś, kogo znam?
- Być może.
- I wciąż interesuje się – tobą?
- Lorna zrezygnowała ze mnie już wiele lat temu, jeszcze zanim zacząłem chodzić z Kirry. Teraz pomyślała po prostu, że mógłbym mieć ochotę na pewną odmianę – wyjaśnił. – Nie ma w tym nic romantycznego.
Bob nie odpowiedział nic, lecz spojrzenie, jakim obdarzył brata, było wielce wymowne.
- Dobrze, zamykam dochodzenie w tej sprawie. Gdzie więc będziesz pracował?
- W korporacji o nazwie Lancaster Inc., w San Antonio. Będę odpowiedzialny za bezpieczeństwo we wszystkich oddziałach tej firmy.
Z gardła Boba wydobył się dziwny, zduszony dźwięk.”
- Co to takiego? – zdziwił się Lang. Bob zakaszlał gwałtownie.
- Nie, nic, nie wiem, o czym mówisz. – Uśmiechał się szeroko. – Mam nadzieję, że lubisz naleśniki, bo tylko to potrafię usmażyć. Connie nie będzie do wieczora. Zwykle, kiedy wraca, przyrządzam jej omlet. – Zacisnął palce na kierownicy. – Nienawidzę mechaników!
- Kiedy żeniłeś się z Connie dziesięć lat temu, wiedziałeś, co ją pasjonuje.
- Ale nie wiedziałem, że planuje otworzyć własny warsztat. Przez ostatnie pół roku żyję właściwie jak ojciec samotnie wychowujący dziecko! Robię wszystko przy Mikeyu, a jej nigdy nie ma w domu!
Lang uniósł w górę brwi.
- Czy zatrudnia jakiegoś pomocnika?
- Twierdzi, że jej na to nie stać – mruknął ponuro Bob, zatrzymując się przed bramą rozłożystego, wiktoriańskiego domu. Z tyłu błyszczała nowa metalowa budowla, z której dochodziły charakterystyczne trzaski i stukoty.
Sąsiadka Boba, podlewająca właśnie kwiaty w ogrodzie, uśmiechnęła się szeroko na ich widok.
- Jak to miło, że wróciłeś, Lang – powiedziała. – Mam nadzieję, że to nie pragnienie ciszy i spokoju sprowadza cię – do domu, gdyż tego z pewnością tu nie znajdziesz!
- Dlaczego krzyczysz, Marto? – spytał Bob.
- Muszę mówić głośno, żeby przekrzyczeć hałas, który dochodzi stamtąd dzień i noc! – odparła siwowłosa dama. – Czy nie mógłbyś sprawić, żeby twoja żona kończyła pracę o przyzwoitej porze?
- Bądź dzisiaj moim gościem – zaprosił ją Bob.
- Co to, to nie – mruknęła, odruchowo cofając się o krok. – Spróbowałam pewnego razu. Connie rzuciła we mnie kluczem francuskim. – Starsza pani prychnęła pogardliwie i odeszła do swoich kwiatów.
Lang z trudem powstrzymywał śmiech. Zabrał z tylnego siedzenia bratanka i swoją torbę podróżną.
- Nie masz więcej bagażu? – Już trzeci raz, odkąd spotkali się na lotnisku, Bob zadał to samo pytanie.
- Nie gromadzę rzeczy – wyjaśnił Lang. – To niepraktyczne, kiedy każde nowe zadanie może zmusić cię do wyjazdu w inny zakątek kraju czy świata.
- To brzmi rozsądnie. Nie przywiązujesz się też do ludzi, prawda? – zapytał ze smutkiem w głosie.
Lang poklepał brata po plecach.
- Rodziny to nie dotyczy.
Bob uśmiechnął się bez przekonania.
- Wierzę ci.
- Pójdę przywitać się z Connie.
- Uważaj, Lang…
- Wszystko w porządku, jestem szkolonym agentem ochrony – przypomniał Lang.
- Uważaj na głowę. Jest tam pełno młotków, kluczy… Lang zapukał do drzwi. Zamiast odgłosów usłyszał teraz głośne pomruki.
Po chwili w progu stanęła drobna brunetka w poplamionym smarem drelichowym ubraniu.
- Lang? Lang! – ucieszyła się, natychmiast obejmując mocno barczystego mężczyznę.
- Jak się miewasz? Wiwatowałam głośno, kiedy Bob powiedział, że rzucasz CIA, by przenieść się do San Antonio. Posłuchaj, kiedy kupisz sobie wóz, wszystkie naprawy masz u mnie za darmo. Możesz zamieszkać z nami…
- Nie, nie mogę – przerwał bratowej Lang. – Muszę zamieszkać w San Antonio, ale na pewno będę was często odwiedzał. Wynajmę duże, ładne mieszkanie i zawsze dla Mikeya znajdą się tam ciekawe zabawki, kiedy zechce mnie odwiedzić.
Connie skrzywiła się lekko.
- Wiesz, że nie mam teraz czasu. Jest tak wiele pracy i wszystko muszę robić sama. Oczywiście, nie narzekam. Nie brakuje klientów. Kupiliśmy wideo, nowy telewizor, mnóstwo zabawek dla Mikeya. Kupiłam nawet dla Boba przyzwoity samochód. – Connie rozpromieniła się. – To chyba nieźle, prawda?

Czytaj dalej…